Do głowy mi nie przyszło, że wicepremier może stać się pierwszym cenzorem w Polsce. Jak teraz artyści mają pracować? - mówi Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, w którym ma zostać wystawione kontrowersyjne przedstawienie.


Ministerstwo kultury domaga się od marszałka województwa dolnośląskiego wstrzymania przygotowań do premiery spektaklu „Śmierć i dziewczyna” we wrocławskim Teatrze Polskim. Dlaczego? Jednym z elementów przedstawienia ma być stosunek seksualny. Według twórców oznacza on walkę z uprzedmiotowieniem kobiet, a według ministerstwa kultury – pornografię, która „przekracza normy powszechne w naszym społeczeństwie”. Co więcej, przed teatrem ma zebrać się 15 tys. osób, których Krucjata Różańcowa wezwała do protestów. Sytuację komentuje dyrektor Teatru Polskiego.

Newsweek: Ministerstwo kultury żąda wstrzymania przygotowań do premiery w „zapowiadanej postaci”. Co dalej z przedstawieniem?
Krzysztof Mieszkowski: Ministerstwo Kultury zwróciło się w tej sprawie do naszego organizatora, czyli Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego. W oficjalnej odpowiedzi czytamy, że urząd nie zamierza ingerować w wolność wypowiedzi artystycznej a ocena spektaklu przed jego premierą jest bezpodstawna. Przedstawienie się odbędzie. Gdyby jednak doszło do zdjęcia spektaklu, byłby to bardzo niebezpieczny precedens, wynikający z przekonania, że jakaś opcja polityczna może dyktować innym, według jakich kryteriów mają żyć i jak myśleć. Oczekiwałbym od urzędników, żeby byli otwarci na rzeczywistość, a nie ją kreowali.
Pan wicepremier Gliński dopiero rozpoczął pracę na stanowisku ministra kultury i nie jest doświadczony w tej materii, ale sugerowałbym wydawanie sądów na temat pracy artystów, gdy obejrzy sztukę, a właściwie nie powinien tego w ogóle robić. Legitymację do oceny naszej pracy ma krytyka i publiczność, która ogląda nasze spektakle, kupuje na nie bilety. A frekwencja w Teatrze Polskim od kilku lat utrzymuje się na poziomie niemal 100 proc. Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której urzędnicy będą pouczali ludzi, czego mają doświadczać, w czym uczestniczyć, a w czym nie.

Newsweek: A w czym będą uczestniczyć?
Krzysztof Mieszkowski: Przedstawienie Eweliny Marciniak jest wrażliwym i ciekawym dziełem. W spektaklu reżyserka porusza sprawę kobiet, staje w obronie ich wolności, chroni ich intymność i stara się przywrócić ich podmiotowość w społeczeństwie. W sztuce czasami używa się drastycznych środków po to, by wskazać sposób, w jaki można rozmawiać o problemach społecznych, choćby takich jak „utowarowienie” kobiecego ciała. Przecież wciąż mamy do czynienia z erotyką, która jest stygmatyzowana, poddawana kontroli mężczyzn. Przedstawienie będzie ważnym głosem w tej sprawie.
Ewelina Marciniak jest młodą, ale doświadczoną reżyserką, od wielu lat zajmuje się problematyką wolności kobiet. Jest świadoma tego, czego chce. Spektakl ma dużą siłę etyczną i artystyczną klasę. Myślę, że by móc ocenić wymowę tego przedsięwzięcia, trzeba przyjść i je zobaczyć.
Newsweek: A jednak profesor Gliński zapowiedział, że „pornografii” z budżetu finansować nie będzie.
Krzysztof Mieszkowski: Żadnej przestrzeni artystycznej nie można cenzurować. Mamy artykuł 73. Konstytucji, zgodnie z którym każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury. Polską publiczność należy traktować dojrzale i nie można podważać jej autonomii. My nie jesteśmy autorytarni w przeciwieństwie do formacji, którą reprezentuje prof. Gliński.
Newsweek: A jeśli prof. Gliński obetnie dotacje?
Krzysztof Mieszkowski: Po 1989 roku nie było takiego precedensu, żeby wysokiej rangi urzędnik, w tym wypadku z pozycją wicepremiera, usiłował zdjąć z afisza przedstawienie. Profesor Gliński miał zresztą okazję porozmawiać ze mną na ten temat, nie skorzystał z niej.

Newsweek: A w czym będą uczestniczyć?
Krzysztof Mieszkowski: Przedstawienie Eweliny Marciniak jest wrażliwym i ciekawym dziełem. W spektaklu reżyserka porusza sprawę kobiet, staje w obronie ich wolności, chroni ich intymność i stara się przywrócić ich podmiotowość w społeczeństwie. W sztuce czasami używa się drastycznych środków po to, by wskazać sposób, w jaki można rozmawiać o problemach społecznych, choćby takich jak „utowarowienie” kobiecego ciała. Przecież wciąż mamy do czynienia z erotyką, która jest stygmatyzowana, poddawana kontroli mężczyzn. Przedstawienie będzie ważnym głosem w tej sprawie.
Ewelina Marciniak jest młodą, ale doświadczoną reżyserką, od wielu lat zajmuje się problematyką wolności kobiet. Jest świadoma tego, czego chce. Spektakl ma dużą siłę etyczną i artystyczną klasę. Myślę, że by móc ocenić wymowę tego przedsięwzięcia, trzeba przyjść i je zobaczyć.
Newsweek: A jednak profesor Gliński zapowiedział, że „pornografii” z budżetu finansować nie będzie.
Krzysztof Mieszkowski: Żadnej przestrzeni artystycznej nie można cenzurować. Mamy artykuł 73. Konstytucji, zgodnie z którym każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury. Polską publiczność należy traktować dojrzale i nie można podważać jej autonomii. My nie jesteśmy autorytarni w przeciwieństwie do formacji, którą reprezentuje prof. Gliński.
Newsweek: A jeśli prof. Gliński obetnie dotacje?
Krzysztof Mieszkowski: Po 1989 roku nie było takiego precedensu, żeby wysokiej rangi urzędnik, w tym wypadku z pozycją wicepremiera, usiłował zdjąć z afisza przedstawienie. Profesor Gliński miał zresztą okazję porozmawiać ze mną na ten temat, nie skorzystał z niej.
W spektaklu reżyserka porusza sprawę kobiet, staje w obronie ich wolności, chroni ich intymność i stara się przywrócić ich podmiotowość w społeczeństwie.
To bardzo ciekawe - rozmawiamy o spektaklu, którego jeszcze nie ma i który cenzuruje nasza wyobraźnia. Lęki, które za tym idą, są rezultatem schizofrenicznego, rozhuśtanego życia społecznego. Z drugiej strony bardzo się cieszę, że część społeczeństwa i prawicowe media reagują w skrajny sposób - to dowodzi, że taki spektakl jest bardzo potrzebny.
Newsweek: To nie będzie pierwszy raz, gdy na scenie aktorzy będą uprawiać seks.
Krzysztof Mieszkowski: Podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Dialog w 2003 r. w spektaklu brazylijskiego Teatro da Vertigem "Apokalipsa 1,11"  w reżyserii Antonio Araujo miała miejsce tego rodzaju scena, która definiowała urynkowiony erotyzm – podobnie jak w naszym przedstawieniu.
Newsweek: A jednak nie było wtedy takiej reakcji na seks w teatrze jak teraz.
Krzysztof Mieszkowski: Wiem, że na protesty pod naszym teatrem wybiera się kilkanaście tysięcy osób. Jednym z liderów tego zgromadzenia ma być ksiądz. To atak na nową sztukę. W Teatrze Polskim od lat uprawiamy teatr ambitny, otwarty, nowoczesny, adresowany do szerokiej publiczności. Jesteśmy obecni na międzynarodowych festiwalach, ostatnio byliśmy w Chinach z „Dziadami” Adama Mickiewicza i z "Wycinką" w Awinionie. A w Polsce ludzie zaczynają się interesować teatrem bardziej, wtedy kiedy dochodzi do skrajnych sytuacji podsycanych przez tabloidowe media.
Moim marzeniem jako dyrektora jest doprowadzenie do tego, żeby również prawicowa, katolicka publiczność chciała przyjść do teatru i zobaczyć, przeciwko czemu protestuje. Staram się wniknąć w myśli osób, które mają manifestować pod teatrem. Oni nie chcą z nami rozmawiać. Moim zdaniem to wynik  zaniedbań w edukacji kulturalnej w obszarze teatru, muzyki, plastyki, podczas, gdy to ona wyposaża ludzi w narzędzia rozpoznające sztukę.
To bardzo ciekawe - rozmawiamy o spektaklu, którego jeszcze nie ma i który cenzuruje nasza wyobraźnia. Lęki, które za tym idą, są rezultatem schizofrenicznego, rozhuśtanego życia społecznego.
W związku z tym, że władza zdecydowała się powołać wicepremiera z teką ministra kultury - za to muszę pochwalić rządzących – miałem nadzieję na nadrobienie braków. Choć do głowy mi nie przyszło, że wicepremier może stać się pierwszym cenzorem w Polsce. Jak teraz artyści mają pracować? Czy minister kultury ma nam wyznaczać tematy, którymi możemy się zajmować? Boję się sytuacji, w której pan premier szantażuje odebraniem dotacji, to nieetyczne.

Newsweek: A może chodzi o definicję? „Śmierć i dziewczyna” w świadomości publicznej funkcjonuje jako pornografia, nie spektakl w obronie godności kobiety. Może położono zbyt duży nacisk na formę, a nie treść?
Krzysztof Mieszkowski: Zaczęło się od plakatu, który był inspirowany „Ogrodami” Rubensa czy „Olimpią” Maneta. Natalia Kabanow to znakomita plakacistka i graficzka, znająca historię sztuki. Nam się wydawało, że zdjęcie jest całkowicie niewinne. Nagle okazało się, że najważniejszym jego atrybutem jest pornografia. Przecież tam żadnej pornografii nie ma.
Gdy Natalia Kabanow powiedziała swoim przyjaciołom w Niemczech, że plakat, który zaprojektowała, został w Polsce oprotestowany, byli bardzo zdziwieni. Myślę, że problem wynika z tego, że w Polsce ciało jest tabuizowane – mamy do czynienia z ciałem katolickim, będącym tajemnicą, chronionym prawami wiary. Tymczasem ciało jest „urządzeniem”, którego używamy na co dzień, to może być ciało stare, młode, kochające, odrzucane. W kontekście „Śmierci i dziewczyny” mamy do czynienia z ciałem politycznym i erotycznym. To ciekawe i moim zdaniem warto w takie przedsięwzięcie inwestować, by się dowiedzieć, kim jesteśmy i w jakim społeczeństwie żyjemy. Sztuka zaangażowana, posługująca się narzędziami na pozór skandalizującymi, otwiera nowe przestrzenie poznawcze.
Newsweek: Jeśli nie pornografia, to jak nazwałby Pan tę sztukę?

Krzysztof Mieszkowski: To spektakl etyczny.

 Krzysztof Mieszkowski – polski kulturoznawca, krytyk teatralny, dziennikarz, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, założyciel i redaktor naczelny „Notatnika Teatralnego”, poseł na Sejm VIII kadencji.

 http://kultura.newsweek.pl/seks-w-teatrze-w-smierci-i-dziewczynie-czy-sztuke-odwolaja-,artykuly,374429,1.html

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.