Z dbaniem o ciało jest jak z dietą. Najlepsze efekty dają częste, małe dawki regularnej pielęgnacji kosmetykami dobrej jakości. Siedem minut dziennie, a skóra przez cały sezon wygląda OK.





Nie ma cudów. Nie znajdę godziny na poranną pielęgnację ciała. Mam na to siedem minut. No dobra, siedem i pół. A przecież apetycznie wyglądająca skóra to skarb. Uzbroiłam się w redakcji w torbę kosmetyków do przetestowania w domu. Dorzuciłam jeszcze ajurwedyjskie pigułki odtruwające organizm i pozwalające kontrolować wagę. Tym samym akcję „Ciało” uznałam za rozpoczętą. 

Gdy uda mi się rano pobiegać, wskakuję pod prysznic i dzielnie odkręcam letnią wodę. Wybieram żel pod prysznic o energetycznym zapachu (żele Adidasa nie mają sobie równych). Potem szybko wcieram balsam. Tu godne polecenia są kosmetyki z nowej serii Dr Ireny Eris Spa Resort Toscana czy mleczka z dodatkiem bioolejów Ziai (te ostatnie świetne są też po goleniu). Kiedy pada albo po prostu nic mi się nie chce, trochę dłużej grzeję się pod prysznicem, w cieplejszej wodzie, a do mycia używam olejku do kąpieli (jestem fanką oleju z granatem z serii AA Senstitive Nature SPA). Mam wrażenie, że w ten sposób gromadzę ciepło na cały dzień, a skórę ubieram w dodatkową warstwę. 

Gdy nie chce mi się totalnie nic (lub jest sobotni ranek), stawiam na gorącą kąpiel i kawę w wannie. Wiem, że i jedno, i drugie potwornie wysusza skórę, dlatego potem, by uciszyć wyrzuty sumienia, uczciwie smaruję ją olejkiem (szczególnie lubię organiczny olej estońskiej marki Mádara, pozyskany z nadbałtyckich ziół, który pachnie jak wakacje na wsi). Zawsze w sezonie testuję też nowości do depilacji. Rzadko bywam zaskoczona. Tym razem byłam. Nowy depilator Philipsa SatinSoft można stosować w wannie, pod wodą. Dzięki temu wyrywanie włosków jest praktycznie bezbolesne. Wiem, co mówię! Brawo też dla maszynki Wilkinsona z trymerem do okolic bikini. 



Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.