Znany psycholog Paweł Droździak opowiada o tym, dlaczego wikłamy się w uzależniające związki i czy rozwiązaniem jest inny partner, inny związek czy my sami...
Usłyszałam kiedyś w telewizji poradę od znanej aktorki, że "ten właściwy" partner to taki, na myśl o którym nie wyobrażasz sobie życia bez niego. Bardzo mnie to uderzyło - bo myślę, że to prosta droga do uzależnienia. Czy nie powinniśmy raczej być z kimś, bez kogo życie sobie wyobrażamy?
- Rady i wskazówki w takich sprawach to czysta teoria. Bo rady odnoszą się do myślenia, a o związkach decydują emocje. Jeśli to się w ogóle jakoś jedno na drugie przekłada, to chyba tylko tak, że używamy myślenia, żeby te emocje uprawomocnić. Uzasadnić decyzje, które i tak już są podjęte.
Przy czym jedno zastrzeżenie. Kiedy mówię, że o związkach decydują emocje, to niekoniecznie mam na myśli uczucia do partnera. Czasem o związku z kimś decydują uczucia wcale nie do niego, tylko na przykład do świata, jaki by się miało bez niego. Ktoś może uwielbiać osobę, z którą jest, a ktoś inny może choćby panicznie bać się pójścia do pracy między ludzi. A partner zaradny, zasobny…
Daje poczucie bezpieczeństwa... 
- Albo inne przykłady: samotność, samotne macierzyństwo, samotny wiek dojrzały lub starość, czasem utrata pozycji, uczestnictwa w jakimś środowisku, gdyby partner odszedł. To wszystko może budzić silny lęk. W każdym z tych przypadków otrzymamy silne przywiązanie i trwały związek oparty jak najbardziej na emocjach. Przypuśćmy, że ktoś jednego dnia jest "żoną prezesa", a kolejnego dnia po prostu Baśką. Na niektórych nie robi to wrażenia, ale są osoby, u których sama myśl o tym wzbudza mnóstwo emocji. I ten ktoś nie będzie wyobrażał sobie życia bez osoby, z którą jest. Z takimi uczuciami nie ma dyskusji na poziomie teorii. Można je sobie co najwyżej uświadomić lub zdecydować, że wolimy ich w sobie nie odkryć.
Jeśli ktoś ma spore problemy z asertywnością, tłumi złość, lub kieruje ją do środka, raczej ulega innym niż nimi kieruje, raczej woli czuć się bezpiecznie niż zdobywać i ryzykować, to może pojawić się tendencja do poszukiwania Opiekuna. Kogoś, kto ma cechy, których ja nie mam. Osoba skrajnie nieasertywna, widząc kogoś skrajnie agresywnego, dozna wielkiej pokusy wejścia z nim w sojusz.
Bo on mnie obroni?
- „On ma cechy, które będą mi przydatne, których mnie brakuje. Wprawdzie momentami te cechy obracają się przeciwko mnie, ale przez dużą część wspólnie spędzanego czasu jednak z tych cech korzystam, choć sama ich nie mam”. Odnosi więc korzyści z relacji z raniącym partnerem, choć partner może krzywdzić, obniżać samoocenę. W jakiejś części taka uzależniona osoba wie, że ta relacja szkodzi, że traci możliwość decydowania o sobie. Ale jednocześnie postrzega partnera jako silnego i niezależnego. Jeśli się czujemy słabi, to chcemy być w sojuszu z silną osobą. Wprawdzie trochę nam źle robi, ale też w jakichś okolicznościach może nas obronić. Na to półświadomie liczymy.
Ta aktorka, którą Pani cytuje, mogła mieć na myśli raczej dość zdrową sytuację. Jest jakiś człowiek, jest fajny, szkoda by było, gdyby miał zniknąć i bardzo by to bolało. Bo jak może nie boleć? Związek to jednak związek i trochę się zawsze zrastamy. Pytanie, czy skórą, czy do tego stopnia, że dzielimy już nawet nerki. Bo takie sformułowanie może też opisywać inny stan. Rzeczywistej totalnej zależności: „bez niego/bez niej umrę”,  „cała moja tożsamość opiera się na tym, że jestem z nią/z nim”.
Uzależniamy się od konkretnej osoby, czy raczej od stanu, w jaki wprowadza nas bycie z kimś?
- Uzależnienie od partnera to właściwość naszej psychicznej struktury. To nie partner taki stan wywołuje, tylko my „tak mamy”. Są ludzie, którzy wchodząc w bliską relację, natychmiast bardzo silnie się przywiązują. Chcą zawłaszczyć partnera, panicznie boją się porzucenia i reagują silnymi emocjami, gdy poczują, że porzucenie jest możliwe. Obojętnie, czy to realne, czy nie – już  sama myśl o porzuceniu wywołuje lęk, budzi poczucie pustki, braku oparcia, a nawet poczucie dosłownie rozpadania się lub znikania. Takie osoby bardzo impulsywnie reagują i nie są w stanie tego opanować. Choć na poziomie intelektualnym mogą rozumieć, że to im szkodzi. Na drugim krańcu skali są osoby, które w ogóle w żadną bliskość nie pozwalają sobie wchodzić, bo boją się odrzucenia i straty. Czują, że pragnienie zbliżenia się prowadzi do upokarzającej sytuacji, więc nie chcą chcieć.
Będąc w kilku związkach powtarzamy mechanizm uzależnienia? Czy to się może zdarzyć tylko raz i świadczy np. o tym, że to „miłość prawdziwa”, a bez tego człowieka nie możemy po prostu żyć - w co chciałoby wielu z nas wierzyć...
- Nie w każdym związku danej osoby stan uzależnienia musi się powtórzyć. Wspomniałem o dwu krańcach skali, to są dwa skrajne sposoby radzenia sobie z tym samym problemem - z lękiem przed utratą i z poczuciem, że tej utraty się nie przetrwa. Niektórzy ludzie w ciągu życia kilka razy przechodzą z jednej skrajności w drugą - z jednym partnerem lub kilkoma kolejnymi będzie to skrajne unikanie zbliżenia, chłodny związek, pseudo-asertywność, a z innym skrajne uwiązanie, spanie na wycieraczce. Ale wciąż - nie jest to związane z partnerem. To jest właściwość naszej własnej struktury. To się dzieje w nas, a nie dlatego, że partner coś nam zrobił lub ma jakieś szczególne uzależniające właściwości. Tak się może wydawać uzależnionej osobie, ale to złudzenie.
Jaki się ma uzależnienie do potrzeby kontroli?
- Uzależnienie jest przyczyną, a potrzeba kontrolowania partnera jest jednym z możliwych sposobów radzenia sobie z lękiem, który z tego uzależnienia wynika. To jest wyraźnie widać związkach, gdzie występuje przemoc. Ktoś komuś dokładnie wylicza czas - zakupów, drogi do pracy, ogranicza dobór znajomych, utrudnia zapraszanie ludzi do domu, sprawdza pocztę, sprawdza komórkę, wylicza pieniądze, zabrania iść do pracy albo zniechęca do tego na różne sprytne sposoby. Wszystko to są próby stopienia się z drugą osobą w jedno przez przejęcie nad nią całkowitej, totalnej kontroli. I jeśli ktoś tak robi, żadne tłumaczenie mu, że inni ludzie mają swoje prawa, że to nadużycie  - nie będzie działać. Bo problem w tym, że ten ktoś ma poczucie, że straty nie przeżyje. Nawet jeśli na poziomie rozumu wie, że to nie jest ładnie sprawdzać komuś komórkę, i tak sprawdzi. A często na rozum też tego nie wie, bo głowa tylko do tego służy, by potrzeby emocjonalne - potrzebę chronienia się za wszelką cenę przed osamotnieniem i pustką - skuteczniej zaspokajać. Znajdować logiczne uzasadnienia dla zachowań kontrolujących. Im sprawniejszy umysł, tym logiczniejsze uzasadnienia znajdzie.
Wolimy być z partnerem nawet raniącym niż sami?
- Na pierwszym miejscu jest zawsze potrzeba bycia z kimś. Bycia w relacji. To jest pierwotna potrzeba taka, jak u zwierząt albo u małych dzieci. Później są potrzeby wyuczone - godności, szacunku… Jeśli ktoś miał w jakimś okresie życia te pierwotne potrzeby niezaspokojone, to później próbuje zaspokoić je za wszelką cenę. Chce uniknąć powtórzenia tej pierwszej frustracji. Potrzeby wyuczone, cywilizowane też będą istniały, ale w krytycznej sytuacji ustąpią przed tym, co bardziej pierwotne. Przed potrzebą bliskości.
Nawet z partnerem, który krzywdzi, odpycha?  
- Wiele osób tego nie rozumie, to trudne do przyjęcia dla większości ludzi, że tak jest, ale tak jest. Ktoś, kto ma raniącego partnera, zwykle narzeka na niego, ale nie może odejść. Słyszy od innych: „on/ona cię tak podle traktuje, jak ty możesz na to pozwalać, zostaw go/ją”. Kiwa głową, zgadza się, dalej narzeka, ale nie zostawia. Albo zostawia i wraca za jakiś czas.
Trudno przyjąć, przyznać się przed samym sobą, że pod takim zachowaniem kryje się pierwotna potrzeba, silniejsza niż potrzeba bezpieczeństwa czy szacunku. Więc ludzie szukają takich grzecznych „cywilizowanych” wyjaśnień: że to uzależnienie jest spowodowane na przykład obiektywną sytuacją - brakiem pieniędzy na samodzielne życie, brakiem mieszkania, tradycją społeczną. Ale to nieprawda. Praktyka wykazuje, że nawet jeśli ludzie mają komfortowe warunki socjalne i bardzo liberalne społeczeństwo -  takie uzależnienie emocjonalne też występuje. Sytuacja socjalna nie jest rzeczywistą przyczyną. To tylko wygodne wytłumaczenia.
A może jesteśmy z raniącymi partnerami, bo oni czasem są jednak dobrzy? 
- To rzeczywiście silnie uzależniający mechanizm. Jeśli ktoś raz jest dobry a raz zły, staje się to dla nas bardzo przyciągające. Zmiany nastrojów wywołują uczucie kontrastu. Jeśli ktoś jest okropny, a za chwilę ciepły, mamy wrażenie, że nie jest cieplejszy tylko niezwykle tkliwy. Tkliwość cenimy i kiedy ona znika – a znika na sto procent – nie umiemy zrozumieć, co się stało. Winy szukamy w sobie. „Co takiego zrobiłam, że go wkurzyłam, co takiego się stało, że nie dałam rady utrzymać tego wspaniałego nastroju, dlaczego znów się nie udało?”. Bardzo trudno uznać, że nie udało się, ponieważ z definicji nie mogło. Osoba poddana takiej huśtawce ma wrażenie, że musi istnieć jakiś klucz, by mogło być dobrze cały czas. I związek polega na ustawicznym szukaniu tego klucza oraz kolejnych druzgocących porażkach. Bo tego klucza nie ma. Celem jest zmiana. Nic jej nie zapobiegnie. Każde „dobrze” musi zostać odebrane, na tym polega ten związek. Oto cały klucz.
Jak się odnajdują ludzie, by stworzyć taki zależny związek? Jakie  "korzyści" oboje z tego typu relacji mają?
- Odnajdują się po subtelnych sygnałach. Mówią w pewnym sensie wspólnym językiem. Wspólnym kodem. Jest taki kwestionariusz (mam go na swojej stronie  HYPERLINK "http://www.skuteczna-psychoterapia.plwww.skuteczna-psychoterapia.pl), przeznaczony głównie do wykrywania potencjalnego przyszłego sprawcy przemocy w związku, ale kilka punktów dotyczy właśnie uzależnienia, bo to w przemocy częsty element. Na przykład:
Czy na początku znajomości mężczyzna starał się nadmiernie przyśpieszyć naturalny bieg wydarzeń?
Czy proponował od razu bliższy związek niż oczekiwałaś?
Upierał się przy jak najszybszym ślubie lub jak najszybszym zamieszkaniu razem?
Dla wielu osób to są dobre sygnały. Dowody zaangażowania i miłości. Ale mogą to być też sygnały symbiotycznej osobowości, która nie toleruje żadnej odrębnej przestrzeni. Można czasem spotkać takich ludzi, przy których ma się wrażenie, że oni w ogóle nie przyjmują odrzucenia czy odmowy do wiadomości. Nie słyszą „nie”.
Kłopot zaczyna się, kiedy mamy ochotę na przykład wyjść z kolegą czy koleżanką bez partnera i okazuje się, że to niemożliwe. Ale na pierwszym etapie może tego nie być widać. Ktoś może na przykład bez końca rozprawiać o swoim partnerze. Dobry sygnał czy zły? Różnica między dobrym, zdrowym zaangażowaniem a obsesją jest dosyć wyraźna, ale trudno opisać ją w słowach. To się daje rozróżnić, kiedy w ogóle zaczniemy się zastanawiać nad różnicą. Ktoś na przykład używa zwrotów: „do grobowej deski", „razem na zawsze bez względu na wszystko", „bez ciebie bym nie przeżył/nie przeżyła”, „nic nas już nie rozdzieli”. Zdrowe, realne czy nie?
Po czym możemy poznać, że jesteśmy uzależnieni od partnera, albo że takiego zależnego partnera mamy?
- To jest pytanie o to, czy istnieje w tej kwestii jakaś norma. Ja bym powiedział, że związki w których uzależnienie występuje to są takie, w których się strasznie mocno zaczynamy szarpać pomiędzy uczuciem porzucenia a uczuciem duszenia się. I często to jest obopólne, działa wymiennie.
No właśnie, czasem trudno odróżnić zaangażowanie, które w każdym związku jest konieczne, od bycia uzależnionym. Czy potwierdziłby Pan ogólne przekonanie, że to kobiety bardziej się uzależniają od partnera? Jakie  są to mechanizmy, jeśli to prawda?
- Uzależnienie przejawia się trochę inaczej u kobiet  i inaczej u mężczyzn. U mężczyzn częściej objawia się  w agresywnej albo autoagresywnej formie. Kobiety mają mniej takich możliwości, ich agresja jest społecznie mniej akceptowana, więc używają innych narzędzi – szantażu emocjonalnego, dzieci, seksu. Ale obie strony bywają uzależnione emocjonalnie.
Czy możliwa jest zdrowa relacja w związku, w którym jedno z partnerów jest uzależnione? Można taki związek „naprawić"?
- Ktoś mi kiedyś opowiadał, że kiedy pokłóci się z tą drugą osobą i śpią w oddzielnych mieszkaniach, to dzwoni na zegarynkę albo na jakieś konkursy telefoniczne, żeby mieć poczucie, że z kimś rozmawia. Że ma z kimś kontakt. To jest poczucie takiego niestabilnego "ja", które znika, „rozpada się”, gdy zostaje się samemu. Poczucie, że wszystko się rozleciało, że ta osoba odeszła na zawsze, nie wróci i teraz tylko pustka i śmierć.
Ktoś inny może dostawać dosłownie furii, gdy mu druga osoba odmawia, czegokolwiek, bo widzi w tym na horyzoncie odrzucenie, obojętność, obcość. Wszystko albo nic. Jeśli ktoś reaguje w ten sposób, trudno rozwiązać to naprawiając związek. Bo to nie związek musi być naprawiony. To wynika z wewnątrz nas.
Jeśli chcemy coś naprawiać - to tylko siebie. Ale czy wtedy, gdy już się zmienimy, będziemy jeszcze chcieli być z tym samym partnerem? W tym samym związku? Różnie bywa…
Rozmawiała: Renata Mazurowska
* Paweł Droździak - psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Pracuje z osobami mającymi trudności w kontrolowaniu zachowań impulsywnych. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego.

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.