Rocznie na świecie sprzedaje się około 700 milionów szminek. To oznacza, że co 22 sekundy jakaś kobieta na naszej planecie zaopatruje się w zgrabny mały przedmiost służący do malowania ust. Czy uda nam się kiedyś zaspokoić „czerwony" głód?
W ciągu całego życia zjadamy około czterech kilogramów „szminkowej" masy – to uboczny skutek jej stosowania. W zamierzchłych czasach bywało, że tragiczny, jako że niekiedy do jej produkcji używano trujących substancji. Zresztą 65 procent  szminki ląduje i tak na ustach lub kołnierzyku mężczyzny, albo na brzegu  szklanki z ulubioną macchiato. Kobiety we Francji kochają usta w kolorze ognistej czerwieni, Hiszpanki całują w odcieniu brązowym, Włoszki – pomarańczowym, a Angielki malują usta na różowo. Dlaczego niemalże każda kobieta nosi w torebce ten mały podłużny przedmiot w kształcie łuski od karabinu, kryjący masę z wosku, tłuszczu i pigmentu, i kilka razy dziennie maluje sobie nim usta?
Szminka zmienia nie tylko wygląd twarzy kobiety, ale i jej zachowanie. Gdy umalujemy usta, podświadomie stajemy się inne: bardziej pewne siebie albo uwodzące, czy uległe - możliwości jest wiele, zależnie od koloru pomadki. Karminowe usta są uznawane za sygnał erotyczny, ich ślad pozostawiony na szklance, jak w piosence Kory „Who's that lipstick on the glass", może zburzyć związek. Bywa znakiem zbrodni, zawiedzionej miłości. Bywa początkiem burzliwego romansu.
Wargi kuszą sztukę
Zmysłowe usta to też inspiracja dla artystów: Salvadore Dali „zapatrzył się"  w usta aktorki skandalistki Mae West i w 1938 roku zaprojektował sofę w ich kształcie. Man Ray, dadaistyczny twórca kolaży, na początku XX wieku fotografował usta Lee Miller, późniejszej fotoreporterki wojennej. A Andy Warhol w latach 60. ubiegłego wieku powielał w wielu różnych wariantach odcisk umalowanych ust. Szwajcarka Sylvie Flury  na  otwarcie swojej wystawy w Genewie w 2008 roku przygotowała  zabawny "gag":  zaprojektowała dla Dom Perignon kieliszki z odciskiem umalowanych ust – cieszyły się wielkim powodzeniem, niektóre już na wernisażu zniknęły w torebkach zaproszonych pań. Cena jednego to około 200 franków!  Kilka miesięcy później, na wernisażu w Paryżu każdy gość mógł sobie zabrać taki kieliszek do domu...
Pocałunek śmierci
Czerwone usta zawsze miały wyróżniać, pozytywnie  albo negatywnie. Kolorowa pasta do malowania ust towarzyszyła niemalże od zawsze kobietom, tylko czasami mężczyznom. 
Już w starożytnej Mezopotamii,  około 2500 lat temu, sądząc po znaleziskach archeologicznych, kobiety najprawdopodobniej malowały sobie usta pastą, której głównym składnikiem były rozdrobnione kamienie półszlachetne. W grobach faraonów w Egipcie znaleziono także małe naczynia z pastą zrobioną z mieszaniny ochry (minerał) i tłuszczy roślinych. Nanosiło się ją na usta, wyciskając z wypełnionej nią łodygi roślinnej czy trzciny. Niektóre Egipcjanki upodobały sobie inny kolor – wyrafinowany fiolet. Preparowały go z jodu i bromu – niestety okazał się trujący i stąd pozostało do dziś określenie „pocałunek śmierci".W starożytnym Egipcie malowanie zastrzeżone było tylko dla wysoko urodzonych. W antycznej Grecji z kolei nakazano malować usta heterom - ekskluzywnym, wykształconym „paniom do towarzystwa", oraz podrzędnym prostytutkom, by nie myliły się z „porządnymi" kobietami. W antycznym Rzymie przeciwnie: tylko dobrze urodzone panie malowały usta, by odróżnić się od pospólstwa.
Pomimo, że za narodziny szminki uznaje się rok 1883, to już w X stulciu naszej ery Abu al-Quasim al-Zahrawi żyjący niedaleko Crodoby w Andaluzji, „ojciec współczesnej chirurgii", formował niewielkie pałeczki z mieszaniny wosku, jako środka wiążącego, aromatów i pigmentów, którymi „białogłowy" malowały sobie później usta. W średniowieczu jednak kobiety, które „kolorowały" sobie usta albo farbowały włosy, uznane były jako grzesznice, którym pycha kazała się upiększyć i sprzeciwić woli bożej. 
Malować  - nie malować
W następnej epoce zmieniły się ideały kobiecego i męskiego piękna – można było już pomóc urodzie, przy ciągłym jednak, ale nieco mniejszym niezadowoleniu kościoła. Nieco później, na dworze Króla Słońce - Ludwika XIV i Ludwika XV, malowali się wszyscy wysoko urodzeni, zarówno kobiety,  jaki mężczyźni. Dla nich organizowano konkursy na barwne makijaże. Półpłynna mikstura do malownia ust musiała być jeszcze trzymana w małych naczynkach, a czerwony kolor nadawały jej zmiażdżone insekty, atakujące rośliny czerwce. Madame de Pompadour, metresa Ludwika XV, kazała jeszcze na łożu śmierci pomalować sobie na czerwono usta.
Powoli nadchodził jednak czas, kiedy szminka popadła w niełaskę, w całej Europie. Do tego przyczynił się filozof Jan Jakub Rousseau ze swoją pochwałą czystej natury, która trafiła na podatny grunt i zawładnęła umysłami ludzi drugiej połowy XVII wieku, oraz Rewolucja Francuska , kiedy za czerwono pomalowane usta można było stracić życie na gilotynie - wskazywały na przynależność do znienawidzonej arystokracji, albo co najmniej sympatię do niej. 
W Anglii sprawa szminki nie przedstawiała się aż tak dramatycznie, nie ścinano głów, ale: w 1770 roku brytyjski parlament uchwalił, że kobiety, które umalowanymi ustami uwiodły mężczyznę i „zaciągnęły" do ołtarza, popełniły czyn karygodny i małżeństwo może zostać anulowane.
Z początkiem XIX wieku wszyscy zaczynają przychylnej patrzeć na szminkę na ustach kobiety. Naszemu bohaterowi narodowemu, panu Tadeuszowi,  jednak jeszcze w 1855 roku (rok napisania przez Mickiewicza eposu) przeszkadzał róż na policzkach Telimeny – „Przebóg, uróżowiona!", wymsknęło mu się z dezaprobatą, gdy ją ujrzał.
Ołówek miłości
W tym samym mniej więcej czasie Charles Baudelaire myślał w  Paryżu inaczej. W opublikowanym w 1863 roku w „Le Figaro" tekście „Malarz życia nowoczesnego", zawarł rozdział o pochwale makijażu, w którym potępił gloryfikację naturalnego piękna, a wychwalał upiększanie ciała. „Kobieta ma prawo wydawać się czarodziejska i nadnaturalna, a nawet chcąc tego, spełnia pewien obowiązek; powinna zadziwiać i urzekać; jest bóstwem, musi być pozłacana, jeśli chce być uwielbiana".
Te zdania, z dystansu XXI wieku, mogą być odebrane jako chęć uprzedmiotowienia kobiety, niech zajmą się tym krytycy literatury albo socjologowie. Dla nas ważne jest, że 20 lat później, 1 maja 1883 roku,  dwóch francuskich drogistów zaprezentowało na wystawie światowej w Amsterdamie pałeczkę do malowania ust, uformowaną z mieszaniny wosku pszczelego, łoju jelenia i olejku rycynowego. To były narodziny współczesnej szminki! Nie miała jeszcze praktycznej  „zamykanej tulejki", chroniącej torebkę przed zabrudzeniem, była zawinięta tylko w bibułkę, którą trzeba było ostrożnie odwinąć, by pomalować usta. Słynna aktorka Sarah Bernhardt nazwała ją „stylo d'amour „ – ołówkiem miłości. Potocznie nazywano ją nie tak romantycznie: „saucisse" (kiełbaska). Dość wulgarne skojarzenia erotyczne nasuwają się same... Początkowo pomadka była droga i mogły sobie na nią pozwolić tylko zamożne panie.
 W 1900 roku  firma Guerlain, która już od 1828 roku sprowadzała z Wielkiej Brytanii do Francji płynny ekstrakt z róży do delikatnego różowienia ust (sprzedawany do 1958 roku),  zaprojektowała praktyczne opakowanie szminki: metalową tulejkę, która w prawie niezmienionej formie przetrwała do dziś. To unowocześnienie, jak i wielka popularność umalowanch ust wśród aktorek hollywoodzkich, spowodowało modę, która ogarnęła panie na całym świecie. Ta moda przybierała niekiedy formę manifestów: demonstrującym w Nowym Jorku w 1912 roku sufrażystkom, właścicielka nowo powstałej firmy kosmetycznej Elizabeth Arden rozdawała czerwone szminki, jako znak niezależności. Oczywiście, dobry jest każdy rodzaj reklamy, który zwiększa zyski, a na tym jej najbardziej zależało. Nie można wykluczyć jednak, że Arden, jako przedsiębiorcza kobieta, założycielka firmy, podzielała poglądy walczących o czynne prawo wyborcze sufrażystek.
Obiekty seksualne czy patriotki?
Później, w latach 60., wraz z rewolucją obyczajową i seksualną szminka popadła w niełaskę, uznana została za znak podporządkownia kobiety i jej uprzedmiotowienia, zdegradowania do obiektu seksualnego. W międzyczasie jednak, w latach 40., szminka zmieniła się w USA w symbol patriotyzmu!  „ On a bad day there is always a lipstick" – „Na zły dzień zawsze szminka" – brzmiał slogan reklamowy firmy Revlon w latach 20. W czasie II wojny światowej „Vogue" pytał: „Czy w takich czasach możemy myśleć o naszym wyglądzie?" Stal potrzebna była do produkcji broni, a nie tulejek do pomadek. Rząd USA zalecił jednak firmom, by wyłożyły pomadki w przebieralniach dla swoich pracowniczek – powszechnie dostępne podnosiły nastroje. Nazwy pomadek były programowe: „Patriot Red", „Victory". Po zamachach 11. września 2001 sytuacja się powtórzyła, ale bez zachęty rządu: firma Estee Lauder sprzedała podwójną ilość szminek. Amerykanki znowu podreperowały nimi nastroje.
W Europie rok 1945 przyniósł mrożącą krew w żyłach historię, którą jej bohaterka, Erika Riemann dopiero niedawno zdołała przelać na papier w postaci opublikowanej w 2002 roku książki pod tytułem „Die Schleife an Stalins Bart" (Wstążka na brodzie Stalina). Jako czternastoletnia dziewczynka mieszkająca w części Niemiec okupowanej przez władzę radziecką, na wiszącym w szkole portrecie Stalina domalowała szminką wstążeczkę na bródce wodza, bo „tak smutno patrzył"...  Zrobiono z tego akt sabotażu - niewinna szminka stała się „narzędziem zbrodni". Eryce ukradziono za to osiem lat młodości: spędziła je w więzieniach Torgau, Sachsenhausen (tak, w dawnym hitlerowskim obozie koncentracyjnym) i Hohneck. Po kilku latach odsiadki, kiedy rodzina nareszcie dowiedziała się, co się w ogóle z córką dzieje, matka na jedno z niewielu widzeń przeszmuglowała szminkę potrzebną nie tylko do więziennych przedstawień teatralnych, ale pewnie głównie do przetrwania tego koszmaru. 
Kropka nad  „i"
Dążenie Elizabeth Arden, by doprowadzić do tego, że kobieta bez umalowanych ust będzie czuła się naga bardziej, niż gdyby wyszła na ulicę bez ubrania, stało się dziś niemalże rzeczywistością – wiele kobiet nie wyjdzie z domu, zanim nie umaluje ust. Szminka przyciąga wzrok i jednocześnie jest sygnałem ostrzegawczym: „stop, ani kroku dalej". Może być również przysłowiową kropką nad „i" w kobiecej rywalizacji, która chociaż opisywana, nie trafiła jeszcze jako problem badawczy pod lupę psychologów. Szminka stała się jednak niewątpliwie swego rodzaju codziennym uniformem pracującej kobiety: przed prezentacją zaleca się na przykład umalowanie ust, by wzrok słuchaczy skupił się na przemawiającej. Malowanie publiczne ust jest jedyną czynnością upiększającą dopuszalną przez współczesny savoire-vivre. 
Bianca Jagger, eks żona  głównego Rollingstones'a, w którymś wywiadzie stwierdziła:  „Kiedy od kilku dni nie spałaś i wyglądasz jak potwór z Loch Ness, tylko jedno pomoże ci, byś czuła się jak człowiek: błyszczące usta".
Krystyna Kuczyński - krytyk sztuki współczesnej, dziennikarka,, zajmuje się zjawiskami kultury. Mieszka w Bazylei.
Ilustracja: Katarzyna Walentynowicz
źródło: http://www.ikmag.pl

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.