Zwijasz się z bólu podczas każdej miesiączki, a wszyscy mówią, że przesadzasz? Ja mówię: sprawdź, czy to nie endometrioza. Choć cierpią na nią miliony kobiet, leczy się ledwie ułamek. Moja ucieczka od obezwładniającego bólu trwała dwa lata, ale wygrałam - okres nie odbiera mi już chęci do życia.

Jest parę minut po siódmej, a ja, groteskowo skulona, klęczę na podłodze. Jestem (ledwo) żywym dowodem na to, że „ból, który rzuca na kolana” nie jest wyświechtaną frazą. To comiesięczne preludium do siedmiu dni ostrego krwawienia i bólu. W jednej chwili sunę dziarsko przed siebie (w najlepszym razie po mieszkaniu, w najgorszym - po ulicy), a po sekundzie atak bólu sprawia, że zginam się w pół. W nagłym spotkaniu z podłogą nie ma więc nic nowego, ale tak się składa, że akurat nie mogę sobie pozwolić na wykreślenie z kalendarza planów i spędzenie dnia półżywa w zmemłanej pościeli. Obiecałam przyjaciółce, która wychodzi za mąż, że na pożegnanie stanu wolnego urządzę jej noc pełną dziewczyńskiej radochy. Kiedy? Za niespełna 12 godzin. Cholera jasna!

Z podłogi mam niedaleko do domowej apteczki. 1000 miligramów paracetamolu, coś rozkurczowego i padam na łóżko. Nie ma pozycji, która przyniosłaby mi ulgę. Leki nie chcą działać. Odpływam. Kiedy odzyskuję przytomność nie potrafię ocenić, czy nie było mnie czterdzieści minut czy cztery godziny. Nie jestem pewna czy zemdlałam, czy zasnęłam wyczerpana bólem. Podbrzusze odpuściło - teraz zarzyna mnie żołądek. Dzwonię do przyjaciółki i ryczę do słuchawki, że jestem najgorszą świadkową w historii. Zuzanna pociesza mnie, że mam kilka godzin, żeby stanąć na nogi. Pożeram kolejną dawkę paracetamolu i jadę. Przez całą noc dziewczyny popijają ostre indonezyjskie potrawy czystą wódką. Ja toasty wznoszę rumiankiem.

Coś złego dzieje się z moim ciałem. Zawsze miałam bolesne miesiączki, ale nigdy wcześniej nie musiałam nerwowo liczyć tabletek, żeby sprawdzić czy nie przedawkowałam. Nigdy wcześniej nie miałam z życia wyjętych kilku dni w miesiącu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zemdleć podczas samotnego zwiedzania Rzymu. Odkrywam, że nie umiem rozmawiać o napadach bólu i nie brzmieć przy tym jak histeryczka. Mam wrażenie, że nikt mi nie wierzy. Kiedy mówię ginekolożce, że boli mnie tak, jakby ktoś borował mnie od środka tępym wiertłem odpowiada: "Niech pani nie przesadza! Ma niby pani jakąś torbiel, ale takie maleństwo na pewno się wchłonie!”. Kiedy mówię koleżankom, że marzę, by ktoś rozkroił mi podbrzusze i wyrwał te piekielne jajniki, słyszę: "Wiem, też to mam!”. Kiedy ryczę mamie do słuchawki, że już nie wytrzymam, mama ucina: "Dziecko, nie ty jedna miesiączkujesz! Taki jest los kobiety”.

Sekret zarządzania bólem miesiączkowym
 
Mój kobiecy los skutecznie sabotuje codzienność. Gdybym musiała chodzić do pracy, to pewnie wywaliliby mnie na zbity pysk, bo jaki pracodawca zgodzi się na kilka dni zwolnienia lekarskiego w miesiącu? Na szczęście mam taki zawód, że mogę pracować na pełnych obrotach nawet w kokonie z kołdry. O ile jestem w stanie dźwignąć się do pozycji półsiedzącej. Żeby jako tako funkcjonować, pod okiem lekarza uczę się "zarządzać bólem”. Już na dwa dni przed spodziewanym początkiem okresu zapobiegawczo łykam koktajl ze środków przeciwbólowych, leków rozkurczowych, probiotyków i suplementów wspomagających trawienie - wszystko po to, by - jak mówi moja nowa pani ginekolog - "nie pozwolić na rozwój bólu”.

Zamieniam kawę na rumianek, gotuję na parze, oszczędzam się. Pomaga, ale nie rozwiązuje problemu - nie mogę do końca życia chodzić naćpana paracetamolem. Na szczęście jestem już w rękach kompetentnej lekarki, która zamiast drzeć na mnie mordę, że ściemniam, miesiąc w miesiąc robi mi USG transwaginalne i przygląda się mojej torbieli (która rzekomo miała się wchłonąć) pod kątem endometriozy. - "Ma pani na lewym jajniku torbiel, która wygląda na endometrialną. To taka choroba, w której śluzówka macicy przemieszcza się na inne narządy. Nic dziwnego, że zwija się pani z bólu” - tłumaczy rzeczowo. - "Jeśli się pani za to nie weźmie, będzie się pani męczyć aż o menopauzy. No chyba że zajdzie pani w ciążę - to czasem pomaga, ale przy endometriozie łatwo o poronienie”. Z marszu mówię "nie” kuracji dzieckiem.

Co mi pozostaje? Kobiety, które nie chcą mieć (już więcej) dzieci często decydują się nawet na histerektomię, czyli usunięcie macicy, ale to radykalne rozwiązanie. W przypadku dwudziestoparolatki opcje są dwie: laparoskopia lub hormony. Zaczynam od hormonów. Lekarstwem na endometriozę jest brak okresu, więc co miesiąc za kilka stów kupuję sobie w aptece sztuczną menopauzę. Szybko znika ból i krwawienie, ale ich miejsce zajmują marazm i mordercze myśli. Za sprawą jednej tableteczki dziennie, żyję teraz non-życiem, którego podstawę stanowią apatia, płacz i niekończące się awantury z każdym, kto odważy się do mnie zbliżyć. Po pół roku gehenny okazuje się, że w wyniku tej nowatorskiej kuracji hormonalnej moja jaśnie torbiel raczyła zmniejszyć się o dwa milimetry. Fanfary! Kiedy odstawiam leki, ból wraca ze zdwojoną siłą. Poddaję się. Idę do szpitala.

Potęga mikrochirurgii

Laparoskopia to niezbyt inwazyjny zabieg - ot, trzy dziurki w brzuchu - ale i tak umieram z przerażenia. Nigdy wcześniej mnie nie operowano, a pełna narkoza nie ma najlepszej reputacji. W szpitalu spędzam pięć dni. Pierwszy dzień służy oczyszczeniu organizmu. Wolno mi pić tylko wodę. Wieczorem pielęgniarka krótko i zwięźle wyjaśnia mi, co mnie czeka. Przed snem lewatywa i coś na uspokojenie, rano prysznic z Białym Jeleniem, golenie podbrzusza i bezczynne czekanie. Po porannej toalecie dostaję specjalne, wiązane na przedzie, wdzianko operacyjne. To państwowy szpital, a nie "Ostry Dyżur”, więc nie ma co marzyć o seledynowej jednorazówce. Łykam "głupiego jasia” i chowam się pod kołdrę, żeby nie latać z tyłkiem na wierzchu. Czekam godzinę. Dwie. Pięć. Siedem. Około czternastej wymuszam na salowej wyznanie, że zepsuł się jeden z dwóch stołów operacyjnych i pokroją mnie dopiero jutro. Pytam, czy w takim razie mogę już zakryć tyłek i dostać coś do jedzenia, bo nie jestem królową ascezy i nie mam siły na drugą dobę głodówki. Dostaję zgodę na piżamę oraz talerz z kluchami. Wcinam, a w duchu płaczę ze szczęścia.

Może stoły operacyjne mają tu felerne, ale za to kuchnia zasługuje na gwiazdkę Michelin w kategorii „żarcie szpitalne”. To mój pierwszy i ostatni posiłek tej doby. O godzinie dwudziestej pierwszej rozpoczyna się wielkie deja vu - powtarzam cały przedoperacyjny rytuał. Znowu jest lewatywa (zachciało się panience klusek!), pigułka nasenna, Biały Jeleń, przykrótkie wdzianko, „głupi jaś”, czekanie. Nie czekam długo. Około dziesiątej rano prowadzą mnie na salę. Jestem kompletnie zaćpana, rzucam żenujące żarty, nie boję się.

Dochodzę do siebie kilka godzin później, dotykam ręką brzucha. Mam opatrunek w trzech miejscach, w których mnie cięto: w pępku, parę centymetrów poniżej i na prawej stronie podbrzusza. Zatroskana pani pielęgniarka pyta, czy życzę sobie morfinę. Mówię, że nie trzeba, ale i tak dostaję. Koleżanka z oddziału przemyca mi do sali pooperacyjnej kolorowy magazyn. Na morfinowym haju czytam wywiad z Danutą Stenką o tym, że nikt nie pisze ról dla kobiet po pięćdziesiątce. Ten smutny stan rzeczy boli mnie bardziej niż pooperacyjne rany. Idę siku. Trochę kręci mi się w głowie, ale poza tym mam się świetnie. Pani pielęgniarka co trzydzieści sekund pyta mnie, czy mnie nie boli. Patrzę na nią zdumiona - w porównaniu do tego co przez lata przeżywałam podczas okresu, teraz czuję coś jakby gilgotki. Wieczorem wypuszczają mnie z sali pooperacyjnej, pozwalają wypić herbatę. Następny dzień upływa pod znakiem kleiku, krzyżówek i spacerów po oddziale (żeby nie robiły się zrosty). Kolejnego wracam do domu. Przez dwa dni przyjaciele wyprowadzają mnie na spacery. Po trzech pracuję już na pełnych obrotach. Po dwóch tygodniach zdejmują mi szwy i zamieniam dietę lekkostrawną na normalną. Tydzień później piję pierwszą lampkę wina. Po roku nie widzę już żadnej z blizn, a co ważniejsze - nie czuję jajników. Cena, którą zapłaciłam za brak bólu wydaje mi się śmiesznie niska.

Endometrioza nie jest w pełni uleczalna i lubi się odnawiać. Wiem, że ból może wrócić w każdej chwili, ale pociesza mnie świadomość, że tym razem nikt mi nie wmówi, że to normalne. Endo dotyka jedną na dziesięć kobiet w wieku rozrodczym, ale na oddziałach mikrochirurgii ginekologicznej królują trzydziestokilkulatki, które zaczęły się leczyć dopiero, gdy przez całe lata nie mogły zajść w ciążę. Na tym etapie endometrioza nie sprowadza się zwykle - jak w moim przypadku - do pojedynczej torbieli. Często rozlewa się na całą jamę brzuszną, atakując różne narządy. A wtedy małoinwazyjny zabieg laparoskopii często okazuje się niewystarczający. A na dziecko i tak często nie ma już szans. Wtedy z ust lekarza pada pełne wyrzutu pytanie: „Dlaczego nie przyszła pani wcześniej? Czy nic panią nie bolało?!” - „Bolało jak cholera!” - odpowiada kobieta. - „Ale czy mnie jedną boli?”

 http://www.msn.com/pl-pl/zdrowie/nasze-zdrowie/endometrioza-kobiecy-b%C3%B3l-w-kt%C3%B3ry-nikt-nie-wierzy/ar-AAfNEaC?ocid=SK2MDHP


Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.