Następną wyspą Cyklad, po Santorini i Naksos ,którą odwiedziliśmy, była wyspa Mykonos. Na Mykonos, zależnym od księstwa Naksos, w XIII i XIV wieku rządzili Wenecjanie, wprowadzając tu katolicyzm. W czasach okupacji tureckiej wyspa stała się ostoją korsarzy. Obecnie jest jedną z najliczniej odwiedzanych przez turystów wysp greckich. Zamierzamy spędzić tu trzy dni.

Na Mykonos, podobnie jak poprzednio, zaraz po opuszczeniu promu, podchodzimy do stojących w porcie właścicieli apartamentów i hoteli, oferujących swoje lokale. Po obejrzeniu kilku prospektów wybieramy apartament Fraskoulas, położony w centrum Hory, stolicy Mykonos. Za trzy dni płacimy 100 euro. W tej cenie mamy do dyspozycji w pełni wyposażony apartament z niedużym balkonem znajdujący się w strefie pieszej starówki oraz transport do portu promowego po zakończeniu pobytu. Ponieważ nasz prom do Pireusu odpływa o 14.15 umawiamy się z właścicielką za trzy dni o pół do drugiej.
Tym razem śniadania i kolacje musimy przygotowywać we własnym zakresie. Nasz pobyt zaczynamy zatem od znalezienia w okolicy sklepu spożywczego. Za radą gospodyni kierujemy się w stronę dworca autobusowego, obok którego znajduje się market ''Bus Station''. Ja kupuję pieczywo, wędlinę i żółty ser. Ania twierdzi, że w sklepie gdzie wszystkie soki są w lodówkach, nie będzie robiła zakupów!!! W tej sytuacji wracamy do pokoju, zostawiamy moje zakupy w lodówce i kontynuujemy poszukiwania odpowiedniego dla mojej żony sklepu. Na szczęście zaraz za rogiem placyku, przy którym mieszkamy, natrafiamy na odpowiedni sklep, gdzie Ania robi zakupy. Muszę przyznać, że Ania miała rację ceny za te same produkty są dużo niższe. 
Po załatwieniu spraw bytowych idziemy na spacer. Na wstępie kierujemy się do pięciu wiatraków, będących wizytówką wyspy, tym bardziej że stoją one kilkadziesiąt metrów od naszego lokum. Po obejrzeniu charakterystycznych białych budowli w kształcie walców idziemy w stronę widocznej w dole plaży. Jeszcze będąc na Santorini postanowiliśmy, że podczas pobytu na Mykonos, wykąpiemy się w morzu. Niestety ta plaża nie wygląda ciekawie a ponadto jest to plaża hotelowa. Ostatecznie decydujemy, że jutro odwiedzimy pobliską wyspę Delos a pojutrze spędzimy dzień na plaży Paradise, leżącej kilkanaście kilometrów od Hory. 
Schodzimy do przystani statków płynących na Delos. Dowiadujemy się, że bilet powrotny kosztuje 17 euro, są trzy promy odpływające na wyspę przed południem oraz, że ostatni prom wypływa z Delos o 15-tej. W tej sytuacji decydujemy, że na Delos popłyniemy o 10.30 a wrócimy ostatnim promem, w ten sposób będziemy mieli cztery godziny na zwiedzenie świętej wyspy. 
Na spóźniony obiad wybieramy jedną z licznych restauracji na starówce. Następnie do wieczora spacerujemy po wąskich i bardzo nastrojowych uliczkach Hory. Uliczki te można podzielić na dwie grupy. Pierwsza, to uliczki komercyjne, przy których znajduje się wiele sklepów, głównie z biżuterią i pamiątkami oraz niedużych kawiarenek czy barów. Druga grupa to uliczki zamieszkałe wyłącznie przez Mykonojczyków i te były dla nas bardziej egzotyczne. Białe, piętrowe domy o drzwiach i oknach pomalowanych na błękitno lub brązowo czasami na zielono, zewnętrzne schody o kolorowych poręczach wyglądały bardzo malowniczo. Egzotyki dodawało również suszące się na sznurach przy oknach lub między budynkami pranie, tak charakterystyczne dla widoku śródziemnomorskich miast. Innym elementem architektonicznym, charakterystycznym dla Cyklad, szczególnie dla Mykonos, są kapliczki. W samej Horze jest ich kilkaset. Pomalowane na biało o błękitnych kopułach znajdują się przy każdej uliczce. Geneza ich powstania jest związana z częstymi burzami w tym rejonie morza Egejskiego. Zaskoczeni przez sztorm rybacy czy kupcy z reguły ślubowali, że w przypadku ocalenia ufundują kapliczkę. Ilość kaplic świadczy o dużym odsetku uratowanych z burzy statków. Kolację jemy w apartamencie.
Rano po śniadaniu chcemy się napić dobrej kawy. W tym celu wychodzimy z domu w poszukiwaniu jakiejś kafejki. Zaraz za rogiem placu, przy którym mieszkamy, natrafiamy na małą kawiarenkę z wystawionymi na zewnątrz stolikami. Zamawiamy; ja cappuccino, Ania cafe latte. Kawa nam smakuje, jest dobrze przyrządzona i podana w estetyczny sposób. Już do końca pobytu na Mykonos, poranną kawę wypijaliśmy w tej kawiarni przy tym samym stoliku. 
W porcie jesteśmy po dziesiątej, kupujemy bilety i zajmujemy miejsca na górnym, otwartym pokładzie. Rejs na Delos trwa pół godziny.
Po powrocie jemy obiad w restauracji położonej w porcie rybackim. Pozostałą część popołudnia i wieczór spędzamy na starym mieście. Najpierw wdrapujemy się do wiatraka, stojącego na wzgórzu, górującym nad miastem. Rozpościera się stamtąd wspaniały widok na Horę i port. Schodząc, sprawdzamy rozkład odjazdów autobusów na plażę Paradise, na której zamierzamy spędzić jutrzejsze przedpołudnie. Potem idziemy do portu promowego, oddalonego ponad dwa kilometry od centrum. Po drodze zatrzymujemy się w marinie. Cumuje tam kilka luksusowych jachtów z Malty i Wielkiej Brytanii. Wywiązuje się między nami dyskusja na temat właścicieli tych cacek. Ania twierdzi, że należą one do luksusowych biur podróży, ja że są własnością korporacji lub prywatnych osób. Przy jednym z zacumowanych jachtów stoi członek jego załogi lub ochroniarz. Zapytany, odpowiada, że jest to jacht prywatny, na którym bogata angielska rodzina spędza wakacje. Przynajmniej w przypadku tego jachtu miałem rację. 
Idąc w kierunku miasta wstępujemy do niedużej tawerny ulokowanej na cyplu. Zamawiamy po greckiej sałatce i konsumując je obserwujemy zachód słońca. Wracamy do apartamentu przez Alefkandrę, potocznie zwaną Małą Wenecją. Jest to XVIII wieczna dzielnica, której domy z loggiami otwierają się na pełne morze. 
Rano wypijamy kawę w naszym ulubionym barze i kierujemy się na dworzec autobusowy, z którego o 11.00 mamy autobus na plażę Paradise. Bilet kosztuje 1.8 euro a czas przejazdu to pół godziny. Ostatni odcinek trasy biegnie po bardzo wąskiej szosie, minięcie się autobusu z drugim pojazdem jest raczej niemożliwe. Zastanawiam się, jak to wygląda w szczycie sezonu. 
Z przystanku trzeba dojść kilkaset metrów, po słońcu. Plaża jest piaszczysto-żwirowa, zejście do morza łagodne ale dno już kamieniste, potrzebne są buty do pływania. Są bary i kawiarnie. Za 12 euro/za dzień można wynająć dwa leżaki i parasol. Na obydwu końcach plaży, na skałkach, opalają się naturyści. Jedynym mankamentem jest brak na plaży pryszniców. 
Zajmujemy jedną ławkę stojącą w cieniu daszku, nieczynnego o tej porze roku, baru. Drugą identyczną ławkę ale ze stolikiem zajmuje greckie małżeństwo. Przebieramy się, zostawiamy nasze rzeczy i idziemy się kąpać. Samo wejście do wody nie jest zbyt przyjemne, woda jest znacznie zimniejsza od powietrza. Wystarczy jednak ''przemóc się'' i po kilku minutach wszystko jest o.k. Pływamy dwa razy po kilkanaście minut, w międzyczasie spacerujemy wzdłuż brzegu. Nie jest to niestety długi spacer, wszystkiego kilkaset metrów. 
Około piętnastej przebieramy się i idziemy na obiad do jednego z plażowych barów a następnie wracamy do Hory. Na miejscu robimy zakupy na kolację, chwilę odpoczywamy w pokoju i wychodzimy zwiedzić Dom Leny, Muzeum Sztuki Ludowej, w które została przekształcona rezydencja szlachecka. Na miejscu okazuje się, że muzeum zostanie otwarte dopiero o 18.30. Mamy ponad godzinę czasu, który spędzamy, penetrując nieodwiedzane przez nas do tej pory uliczki starego miasta. Wstępujemy również na koktajl owocowy do jakiegoś baru. Koło 19-tej wracamy do Domu Leny. Muzeum jest już otwarte. Ekspozycję stanowią trzy pomieszczenia: dwie sypialnie i salon, umeblowane meblami z pierwszej połowy XX wieku. Oplata za wstęp jest dobrowolna, zostawiamy dwa euro. Prawdę mówiąc, spodziewaliśmy się czegoś więcej. 
Wieczór tradycyjnie spędzamy na spacerze po porcie i uliczkach Małej Wenecji. Koło jednej z licznych na Mykonos kapliczek, spotykamy atrakcję turystyczną wyspy, pelikana Petrusa. Ptak jest na tyle znany, że doczekał się notatki w przewodniku Michelina. Gdy go zobaczyliśmy, siedział na murku, rozpościerał skrzydła i cierpliwie pozował do zdjęć, które robili otaczający murek turyści. 
Ostatni poranek na Mykonos zaczynamy oczywiście od dobrego cappuccino. Pokrzepieni kawą idziemy w kierunku starego portu rybackiego. Gdy mijamy katedrę grecką zauważamy, że odbywają się w niej uroczystości żałobne. Zainteresowało nas to, że uczestnicy nabożeństwa, opuszczający kościół, byli obdarowywani białymi, papierowymi torebkami z namalowanym na wierzchu, złotą farbą, wizerunkiem krzyża. Torebki przypominały te, w których dzieci w Polsce dostają prezenty z okazji Pierwszej Komunii. Stypa odbywała się w restauracji położonej bezpośrednio przy katedrze i uczestniczyli w niej chyba wszyscy stali mieszkańcy Mykonos. Zżerani ciekawością, zapytaliśmy się w końcu jednej z uczestniczek pogrzebu, o znaczenie torebek. Odpowiedziała nam, że jest to stary zwyczaj na Cykladach, mający na celu zachowanie dobrej pamięci o zmarłym. Dostaliśmy również taką torebkę. Po sprawdzeniu okazało się, że zawierała dwa ciasteczka i woreczek z jakimiś ziołami. 
Do apartamentu wracamy po dwunastej, pakujemy rzeczy i czekamy na właścicielkę, która obiecała nam transport do portu promowego. Niestety o pół do drugiej nikt się nie pojawia. W tej sytuacji opuszczamy pokój i pieszo idziemy w kierunku dworca autobusowego. Ostatni autobus do portu odjechał już pół godziny temu, ale mamy nadzieję, że uda się nam złapać taksówkę. Rzeczywiście, chwilę czekamy i pojawia się mercedes z napisem taxi na dachu. Taksówkarz za kurs do portu żąda 11 euro. Gdy już ruszyliśmy, Ania prosi mnie żebym sprawdził czy taksówkarz włączył taksometr. Jednak w samochodzie nie ma nic takiego, ani taksometru ani kasy fiskalnej. W wielu krajach korzystaliśmy z taksówek ale był to pierwszy przypadek, gdy taksówka nie była wyposażona w te podstawowe urządzenia. Krótka refleksja; w żadnym hotelu ani tym bardziej apartamencie, w których spaliśmy do tej pory, nie otrzymaliśmy rachunku. Właściciel brał od nas gotówkę i dawał nam klucz. Tyle na temat prywatnych usług turystycznych w Grecji. 
W porcie jesteśmy przed 14-tą. Prom, którym płyniemy do Pireusu, należy do korporacji Blue Star Ferries ale do kompanii Attica i jest trochę mniejszy niż te należące do kompanii Delos, którymi płynęliśmy na Santorini a potem na Naksos. Po drodze zawijamy na dwie wyspy: Saros i Tinos. W Pireusie jesteśmy przed dwudziestą. Zaraz po opuszczeniu promu, kierujemy się do hotelu Delfini, który opłaciliśmy podczas pierwszego pobytu w Pireusie, osiem dni temu. Jutro wyruszamy na podbój Delf.

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.