Czy solidarność kobiet istnieje? Czy kobiety są dla siebie rywalkami? Przeczytaj wywiad z Hanną Samson, pisarką i ambasadorką akcji „Solidarność kobiet ma sens”.


Jest Pani ambasadorką akcji „Solidarność kobiet ma sens”. Jak to jest z kobiecą solidarnością? Niektórzy mówią, że nie istnieje.

Oczywiście, że istnieje. Nie tylko w to wierzę, ale często to widzę i sama tego doświadczam. W miesięczniku „Sens”, który jest inicjatorem tej akcji, pisałam o tym, że niemal na każdym warsztacie, w którym biorą udział same kobiety, przynajmniej jedna z nich stwierdza na koniec: – Nie wiedziałam, że z kobietami może być tak fajnie! Jakby każda z nas musiała to odkrywać na własną rękę! Wciąż pokutuje przekonanie, że kobiety są dla siebie nawzajem rywalkami.

Z czego to wynika?

To pokłosie wieków patriarchatu, kiedy kobiety rywalizowały ze sobą o męskie względy, bo to od mężczyzn zależało, jak będzie wyglądało ich życie. Ale w naszej historii często było też tak, że mężczyźni znikali z domów – a to na wojny, a to na sejmiki, a to gdzieś indziej. Kobiety zostawały same i udzielały sobie nawzajem wsparcia. Więź między kobietami zawsze była silna. Weźmy choćby wspólne darcie pierza, które było okazją do wymiany doświadczeń. Oczywiście, kobiety stały również na straży patriarchatu i pilnowały przestrzegania jego reguł. Jeszcze dziś zdarza się, że matka lub teściowa odwodzą kobietę, która doświadcza przemocy ze strony męża, od decyzji o rozwodzie w imię nierozerwalności małżeństwa.

A nie było tak, że solidarność była okazywana tylko tym kobietom, które przestrzegały reguł, a te, które chciały iść własną drogą, nie mogły na nią liczyć?

Wyłamywanie się z tego, co jest przyjęte w kulturze, zawsze budzi opór innych. Ale jeśli kobieta wpadała w kłopoty, miała nieślubne dziecko na przykład, to i tak mogła liczyć na wsparcie kobiet, choć oczywiście nie wszystkich.
Na warsztatach, które prowadzę z kobietami, wypisujemy czasem, co kobieta powinna, a czego nie powinna robić zgodnie z kulturowym wzorcem. I kiedy wypisujemy te stereotypowe powinności, często się z nich śmiejemy, bo to już naprawdę przeszłość. Ale potem proszę kobiety, żeby odpowiedziały na trzy pytania: jakich kobiet nie lubią, jakie kobiety je złoszczą i jakich kobiet nie rozumieją. I okazuje się, że nie lubimy, złoszczą nas albo nie rozumiemy kobiet, które wyłamują się z tych stereotypowych powinności. Nie rozumiemy na przykład, że kobieta może nie chcieć mieć dziecka. Że woli karierę niż związek. Że nie zajmuje się domem. Drażnią nas kobiety, które nie depilują nóg i tak dalej. Jeśli kobieta łamie stereotypy, nawet te, z których świadomie się śmiejemy, naraża się na naszą krytykę i oburzenie. Jeśli usiądzie „po męsku” nawet w spodniach, to większość z nas spojrzy na nią z niechęcią. Kiedy mężczyzna siada z rozkraczonymi nogami, uznajemy, że mężczyźni po prostu tak siadają.

Czemu nas to właściwie oburza?

Bo stereotyp mówi, że kobieta powinna być skromna, w przestrzeni publicznej nie powinna zachowywać się zbyt swobodnie, zawłaszczać jej i tak dalej.

Oceniamy siebie bardziej surowo niż mężczyzn?

Oczywiście. Często słyszy się, jak kobiety mówią, że z mężczyznami się lepiej dogadują, że z mężczyznami się lepiej współpracuje itd. Chętniej chwalimy i doceniamy mężczyzn, bo mamy za sobą wieki treningu. Wielokrotnie już przytaczałam w różnych miejscach słynne zdanie Virginii Woolf, które oddaje istotę sprawy: Kobieta od niepamiętnych czasów pełniła wobec mężczyzny rolę zaczarowanego zwierciadła, ukazującego mu własny wizerunek wyolbrzymiony do ponadnaturalnych rozmiarów. Każda grupa zdominowana stara się wedrzeć w łaski grupy dominującej, więc i my nie byłyśmy od tego wolne. Ale to oczywiście się zmienia. I to dzięki solidarności kobiet: tych wszystkich sufrażystek, emancypantek, feministek, bo bez nich nie byłybyśmy tu, gdzie jesteśmy.

W sferze zawodowej kobiety nadal rywalizują ze sobą?

W sferze zawodowej lepiej jest trzymać z mężczyznami, bo to oni zwykle sprawują władzę. Ale i tu widać wyraźne zmiany. Jeszcze kilkanaście lat temu dość często można było zaobserwować „syndrom wciąganej drabinki”. Jeśli weszłam wysoko, mogłabym wykorzystać swoje wpływy, żeby pomóc innym kobietom. Ale nie! Było mi trudno i sama tego dokonałam ciężką pracą, więc nie pozwolę, żeby inne kobiety miały łatwiej! A dziś coraz więcej jest kobiet, które wspierają inne również w sferze zawodowej i stają się ich mentorkami. Może dlatego, że coraz więcej jest kobiet na wysokich stanowiskach, więc nie trzeba już tak pilnować swojej wyjątkowości. Ale bardziej dlatego, że zaczęłyśmy o tym mówić, pisać, rozmawiać. Poznanie procesów, którym podlegamy, pozwoliło nam się z nich wyzwolić.

Mężczyźni wciąż są bardziej solidarni w sferze zawodowej niż kobiety?

We wspieraniu się w sferze zawodowej i publicznej mężczyźni mają dużo większe doświadczenie i lepiej opracowany „system” pomagania, kiedy któryś ponosi porażkę. To świetnie widać w polityce. Ja ci coś załatwiam, a potem ty mi się rewanżujesz. U mężczyzn idzie to często w kierunku kolesiostwa, ale jest w tym też kawałek, który mi się podoba – nie zostawiasz kogoś, komu się nie udało. Kobiety dopiero się tego uczą, że wsparcie polega nie tylko na pocieszaniu, ale także na konkretnych działaniach, żeby drugą kobietę wyciągnąć z kłopotów, bo od niedawna mamy takie możliwości. Coraz więcej kobiet świadomie działa na rzecz innych kobiet i je wspiera.

Dlaczego to wsparcie jest tak potrzebne?

Kobiety mają wciąż dużo trudniej niż mężczyźni. Cały czas musimy pokonywać wiele barier. Poza tym sprawy domu, wychowywania dzieci to nadal domena kobiet, w którą mężczyźni ewentualnie się włączają. To jest powód ciągłego rozdarcia kobiet. Nie da się być w pełni dyspozycyjną w pracy, bo nawet w sytuacjach kryzysowych trzeba odebrać dziecko z przedszkola i je nakarmić. Póki między kobietami i mężczyznami nie będzie prawdziwego partnerstwa i współodpowiedzialności, póki pracodawcy nie przyjmą do wiadomości, że pracownik to człowiek, który ma także życie poza pracą, to kobietom nie będzie łatwiej. Wciąż za mało o to walczymy.

Nie dajemy sobie do tego prawa?

Chyba wciąż nie wierzymy, że świat może być inaczej zorganizowany. Same urlopy rodzicielskie nie wystarczą, choć ważne, że nie są już tylko macierzyńskie. Model, w którym on zarabia, a ona opiekuje się dziećmi, dziś nie przystaje ani do realiów ekonomicznych, ani do aspiracji kobiet. Skoro posiadanie dzieci nie jest prywatną sprawą, lecz polityczną, to dlaczego dzieci mają być w kolizji z karierą? Gdyby zmieniła się polityka społeczna i sposób organizowania pracy, gdyby wybory kobiet zostały uznane za równie ważne, jak wybory mężczyzn, wszyscy byśmy na tym skorzystali. Dziś kobiety są przekonane, że macierzyństwo należy ukrywać w pracy. I słusznie, tego uczy doświadczenie. Kobiety zwykle muszą udowodnić, że są równie zaangażowane i dyspozycyjne jak mężczyźni. A gdyby uznać, że rodzicielstwo jest równie ważne jak praca i nie należy tego ukrywać? Nasze życie to całość. Część prywatna i zawodowa jest zwykle równie ważna. Gdybyśmy dały sobie prawo, żeby o tym głośno mówić, zamiast wciąż się dostosowywać do świata! Przecież cała organizacja pracy była tworzona przez mężczyzn i dla mężczyzn, którzy mogli wyjść swobodnie z domu, bo dziećmi zajmowała się żona. Teraz tę pracę warto organizować inaczej i to jest możliwe.
Czytałam niedawno książkę Jennifer Senior, Dużo radości, mniej przyjemności o paradoksach współczesnego rodzicielstwa. Z przytoczonych tam badań wynika, że współczesne matki, które pracują zawodowo, zajmują się dziećmi kilka godzin tygodniowo więcej niż matki z lat 60., które robiły to pełnoetatowo. Wciąż podnosimy sobie poprzeczkę i mamy poczucie winy, że nie jesteśmy doskonałe, zamiast wspólnie próbować zmieniać świat na bardziej przyjazny.

W jednym z felietonów pisała Pani o parze – on pracował, ona urodziła dziecko, ale mieli ustalone, że kiedy ona potrzebuje zrobić coś ważnego dla siebie, on zajmuje się dzieckiem. I ona to ustalenie egzekwowała bez wyjątków.

Tak, to budziło wiele emocji w środowisku. Bo on tak ciężko pracuje, robi ważne rzeczy, a ona zmusza go, żeby wracał do domu i zajmował się dzieckiem. A ta dziewczyna pisała pracę magisterską, więc jej sprawy też były ważne. Poza tym dziecko było ich wspólne i umówili się, że wspólnie je będą wychowywać. Gdyby ona wtedy odpuściła, wydarzyłoby się to, co dzieje się w wielu związkach – dziecko byłoby tylko jej sprawą, a on by się czasem z nim pobawił. Badania pokazują, że mężczyźni, którzy mają małe dzieci, chętnie zostają dłużej w pracy, nawet jeśli nie muszą. Dzięki temu, kiedy wracają do domu, dzieci są już nakarmione i poszły spać, więc mężczyzna może spokojnie sobie pooglądać telewizję i się zrelaksować. Pracuję teraz z młodą parą, urodziło im się dziecko, ona została z nim w domu. I chciałaby już wrócić do pracy, ale to wymaga współpracy z jego strony, a on się na to nie zgadza. I tak ciągle w Polsce jest – kiedy urodzi się dziecko, to jest to sprawa kobiety, w jaki sposób ona sobie z tym wszystkim poradzi. A tego nie da się zrobić bez współdziałania obojga rodziców i bez zmian organizacji pracy.

To może trzeba skończyć z mitem, że kobieta jest supermenką?

A ja myślę, że właśnie jest supermenką. I z tym warto skończyć! Z badań wynika, że kobiety wstają średnio o godzinę wcześniej niż pozostali członkowie rodziny i kładą się o godzinę później. Przecież to niesprawiedliwe. Jest taka anegdota: Mama powiedziała, że jest bardzo zmęczona i zaraz pójdzie spać, więc podlała kwiaty, rozwiesiła pranie, sprzątnęła po kolacji, wyprasowała tacie koszulę itd. A potem tata, który siedział przed telewizorem, powiedział, że idzie spać. I jak powiedział, tak zrobił. A ona dalej krzątała się po domu.

W wielu domach tak wygląda codzienność.

W pewnym sensie dzieje się tak na naszą prośbę, bo nie potrafimy ani pewnych rzeczy odpuścić, ani wymagać. Są obowiązki, które trzeba wykonać, ale często robimy coś ponad, żeby nikt nam nie zarzucił, że nie postarałyśmy się wystarczająco. I to jest bardzo niesprawiedliwe, że jeden człowiek ma wszystko na głowie, a drugi mówi, że idzie po pracy do siłowni i koniec. Warto, żeby kobiety wspierały się w dążeniu do sprawiedliwego podziału zadań, a nie rywalizowały ze sobą, która się z tym wszystkim lepiej wyrabia.

Feministki właśnie o to walczą?

Walczą o równe prawa kobiet i mężczyzn. Często słyszę zarzuty, że feministki walczą tylko o jeden model kobiecości. To nieprawda. Walczą o możliwości wyboru. A co konkretna osoba wybierze, to jej sprawa. Jeśli kobieta chce zostać w domu, super. Feministki od lat walczą też o to, żeby takie kobiety były zabezpieczone, jeśli mąż odejdzie i w dodatku nie płaci alimentów. Walczą o to, by wciąż oczywista i nieodpłatna praca kobiet w domu została doceniona. I nie chodzi tylko o dzieci, ale i o opiekę nad innymi osobami zależnymi, na przykład chorymi rodzicami. Kobiety dźwigają zbyt wiele. „Jeszcze dzisiaj nie usiadłam” – mówią późnym wieczorem. To tytuł książki Agnieszki Drotkiewicz, ale i codzienne doświadczenie wielu kobiet.

No tak, udowadniamy innym, że spędziłyśmy dzień produktywnie i nie marnowałyśmy czasu na głupoty.

Za to płaci się cenę – pojawia się zmęczenie, frustracja, rozgoryczenie. Solidarność kobiet może przejawiać się więc w tym, że my-kobiety uznamy wspólnie, że obowiązki w domu są również współodpowiedzialnością mężczyzny. Razem byłoby nam łatwiej.

A solidarność kobiet polega też na tym, że akceptujemy to, że możemy mieć różne pomysły na życie? Trudno wyobrazić sobie pełną solidarność, kiedy siebie nawzajem oceniamy i ciągle jedna drugiej podpowiada jak żyć.

Wspominałam o tym, co ujawniają warsztaty: że irytuje nas kobieta, która łamie stereotypy. Warto to zmieniać, nie ograniczać siebie nawzajem. A co robimy, kiedy któraś kobieta mówi, że ma problem? Na warsztatach wychodzi, że od razu podsuwamy rozwiązania i dobre rady, choć same niezbyt chętnie je przyjmujemy. Świetne pomysły powinniśmy mieć głównie na własne życie, a innych warto wspierać w ich dążeniach.

Solidarność oznacza uważność na inne kobiety?

Kobiety są wrażliwe na los innych kobiet. Częściej poniosą zakupy starszej kobiecie albo ustąpią jej miejsca w tramwaju, bo na mężczyzn w tych sprawach trudno liczyć. Kobiety świetnie sprawdzają się jako przyjaciółki. O ileż trudniejsze miałybyśmy życie, gdyby nie nasze przyjaźnie. To jest sfera, której mężczyźni nie odkryli. Kobiety od czasów darcia pierza potrafią rozmawiać o swoich problemach i dzięki temu poznają różne perspektywy.

Pojawienie się mężczyzny zmienia naszą perspektywę?

Podczas warsztatów obserwuję niepokojące zjawisko. Zwykle jest na nich więcej kobiet niż mężczyzn, ale samo pojawienie się mężczyzny zmienia wszystko. On staje się kimś w rodzaju gwiazdy, kobiety wybierają go na lidera, nawet jeśli nie ma predyspozycji. To nasze nieszczęście, że potrafimy tak łatwo rezygnować z tego, o co walczymy. Ciągle trudno jest nam zaakceptować, że nie ma nic złego w tym, że chcemy być liderkami. Ale pojawiają się już kobiety, które mówią bez oporów – jestem liderką, jestem w tym dobra. Co ważne, coraz więcej kobiet zaczyna akceptować to, że inne kobiety tak o sobie mówią.

W Pani ostatniej książce, Dom wzajemnych rozkoszy, pojawia się postać Jowity – kobiety sukcesu, która uwielbia swoją władzę. Jowita buduje swoją pewność siebie na zaszczytach, które daje i odbiera. W pierwszej scenie spotyka się z Weroniką – kobietą, którą z powodu swojej sytuacji życiowej zachowuje się z uległością. Z jednej strony nadużycie władzy, z drugiej strach.

Mężczyźni często nadużywają władzy, ale kobietom to także się zdarza. Jowita i Weronika to postaci zainspirowane prawdziwymi osobami. Władza, nad którą nie ma kontroli, łatwo prowadzi do nadużyć. Kobiety zwykle są bardziej empatyczne i to pomaga im nie zabrnąć za daleko, ale Jowity niestety się zdarzają.

Weronika z kolei to samotna matka, dla której ta praca to być albo nie być.

Ojciec dziecka nie płaci alimentów, co w Polsce zdarza się nagminnie, a ona jeszcze ma kredyt, który jej został po związku, nic dziwnego, że zależy jej na pracy. Jowita słusznie przeczuwa, że Weronika będzie bardzo się starać i zniesie więcej niż inni. I tak się dzieje. Ale w końcu przechodzi przemianę i okazuje się, że jest zdolna do buntu. Wiele kobiet po latach spełniania oczekiwań innych dojrzewa do tego, żeby w końcu powiedzieć: „dość”. I warto się w tym wspierać nawzajem, a nie przywoływać do porządku.

Dużo powiedziałyśmy o solidarności, ale nie powiedziałyśmy jeszcze, na czym ta solidarność właściwie polega? Jak możemy się wspierać?

Dobrym drogowskazem jest słowo siostrzeństwo. Warto je wprowadzić do naszego słownika. I możemy zacząć od tego, żeby nie zawierać paktów z mężczyzną przeciwko innej kobiecie. Wystarczy, że mężczyzna rzuci: – Ale ona ma krzywe nogi. I my grzecznie się z nim śmiejemy, zamiast powiedzieć – A kto dał ci prawo, żeby oceniać jej nogi? Po prostu dbajmy o inne kobiety. Dajmy im prawo wyboru własnej drogi. Nie oceniajmy krytycznie bez wyraźnego powodu. Mężczyźni nie są zainteresowani tym, żeby świat był bardziej sprawiedliwy. Nie chcą dzielić się władzą, pieniędzmi, stanowiskami. To kobiety mogą zmieniać świat, jeśli będą działać razem. Wiele już zrobiłyśmy i warto to docenić. Warto działać tak, aby bycie kobietą było powodem do dumy. Łatwiej nam będzie wówczas docenić także inne kobiety i tę dumę przekazać swoim córkom. Wówczas świat znajdzie się na swoim miejscu.
HAnia Samson 2
Hanna Samson jest psycholożką, pisarką, dziennikarką i feministką. Pisze felietony do magazynu „Sens”. Współpracuje także z Fundacją Feminoteka i Fundacją CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet doświadczających przemocy. Napisała m.in. Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu, Życie po mężczyźnie, Dom wzajemnych rozkoszy.

 http://sukcespisanyszminka.pl/jeszcze-dzisiaj-nie-usiadlam/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.