Kiedy mężczyzna na równi z kobietą pierze, gotuje i odkurza, staje się mniej atrakcyjny seksualnie – uważają amerykańscy psychologowie. Czy równouprawnienie w związku rzeczywiście może zabić seks?
Mężczyzno, chcesz mieć więcej seksu? Weź się do prania”. Tak jeszcze kilka lat temu radzili psychoterapeuci pacjentom niezadowolonym z życia intymnego w związku.
Okazało się jednak, że to nie działa. Gdy mężczyźni wykonują typowo kobiece prace – gotowanie, pranie, odkurzanie – para uprawia seks rzadziej niż w związkach, w których mężczyźni trzymają się męskich ról i jedynie odśnieżają podwórko, naprawiają samochód czy wbijają gwoździe. Związek oparty na równouprawnieniu to bardziej przyjaźń niż małżeństwo – wynika z amerykańskiego badania „Egalitarianism, Housework and Sexual Frequency in Marriage” (Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie).
Jego autorzy przeprowadzili ankietę wśród 4,5 tysiąca amerykańskich małżeństw. Pytali o zwyczaje w ich domach, podział obowiązków, pracę zawodową, zarobki, a także prosili o opisanie życia seksualnego – satysfakcji, częstotliwości, czasu trwania zbliżenia. Na tej podstawie obliczyli, że pary żyjące w tradycyjnych związkach kochają się ponad pięć razy w miesiącu, a pary nowoczesne – cztery razy. Wyniki badań naukowcy opublikowali w „American Sociological Review”, czasopiśmie Amerykańskiego Stowarzyszenia Socjologicznego.

Trudne negocjacje

Czy to oznacza, że mężczyźni, którzy pomagają w prasowaniu czy sprzątaniu, nie mają co liczyć na szczęście w sypialni? A może będą mieli jeszcze gorzej, jeśli w ogóle odmówią uczestniczenia w domowych obowiązkach? Może to przecież doprowadzić do konfliktów małżeńskich i zniechęcić kobiety do intymnych zbliżeń. – Tego bym się nie obawiał. Szczęścia w związku nie mierzy się przecież liczbą odbytych stosunków. Częstotliwość zbliżeń maleje, ale stają się one głębsze, pełniejsze – przekonuje dr Bartosz Zalewski, psycholog z SWPS, który zajmuje się też psychoterapią par. Pary, w których kobieta i mężczyzna dzielą się obowiązkami, więcej ze sobą rozmawiają, łatwiej się dogadują, także w sferach intymnych. A skoro lepiej znają swoje potrzeby i oczekiwania, to i z seksu czerpią więcej satysfakcji.
Jeśli jednak tak nie jest, to prawdopodobnie gdzieś się pogubili w dążeniu do równouprawnienia. – Walka o dominację zaburzyła ich wzajemne relacje, także seksualne – mówi dr Michał Lew-Starowicz, psychiatra, seksuolog i psychoterapeuta z warszawskiego Centrum Terapii Lew-Starowicz. Opowiada historię małżeństwa, które kilka lat temu przyszło do niego po pomoc. – Miałem poczucie, że rozmawiam z księgowymi, a nie kochającą się parą. Oni zawarli ze sobą transakcję. Dzielili się nie tylko domowymi obowiązkami – raz ona prasowała jemu koszulę, a potem on jej, lecz także rozliczali się co do grosza. Mieli odrębne konta, osobno płacili za wakacje, równo dzielili się opłatą za czynsz, jedzenie. Byli wobec siebie wyjątkowo nieufni, a to utrudnia zbliżenie – opowiada dr Lew-Starowicz. Udało mu się zaradzić ich problemom. – Pozostali wierni równouprawnieniu, ale już na rozsądnych zasadach – dodaje terapeuta.
Poważny kryzys w małżeństwie przeżywała też para, która zgłosiła się do dr. Zalewskiego. Kiedy na świat przyszło dziecko, zgodnie uznali, że razem będą się nim zajmować. On zaczynał się więc bawić z synem, ale ona była niezadowolona i przejmowała jego obowiązki. Jemu na początku to odpowiadało, ale z czasem zaczął czuć z dzieckiem silną więź i chciał z nim spędzać coraz więcej czasu. – Kiedy zaczęliśmy wspólnie analizować ich sytuację, okazało się, że kobieta miała silną potrzebę kontroli nad życiem swoim, męża i dziecka. Obawiała się, że bez niej dziecku może stać się krzywda – opowiada dr Zalewski. Skąd ten lęk? – Wyniosła go z rodzinnego domu, w którym to matka zajmowała się dziećmi, a gdy ojciec z nimi zostawał, często któremuś z nich coś się złego przytrafiało, a to uderzyło się w głowę, a to skaleczyło palec – mówi dr Zalewski.

Więcej wolności

Równouprawnienie może jednak stać się wrogiem małżeństwa – ostrzega dr Thomas Hansen, psycholog z Norweskiego Instytutu Badań Socjalnych. Dwa lata temu opublikował pracę „Równość w domu”, z której wynika, że im więcej mężczyzna pomaga w domu, tym większe jest prawdopodobieństwo, że małżeństwo się rozpadnie. Uczony obliczył, że wskaźnik rozwodów wśród par, które po równo dzieliły obowiązki domowe, jest o ok. 50 proc. wyższy niż w tych małżeństwach, w których kobieta pełni tradycyjną funkcję – zajmuje się sprzątaniem, gotowaniem, praniem. – Równouprawnienie w domu wcale nie musi poprawiać relacji między małżonkami ani nie sprawia, że on i ona są szczęśliwsi – komentował dr Hansen wyniki swojej pracy na łamach „The Telegraph”.


Im więcej równości, tym też więcej wolności i tym łatwiej podjąć decyzję o rozstaniu – przyznaje dr Zalewski. Zwłaszcza że w nowoczesnych małżeństwach kobiety są zazwyczaj dobrze wykształcone i mają dobrze płatną pracę, nie są więc zależne od mężczyzny. Po rozwodzie będą w stanie bez problemu się utrzymać. Mają tego świadomość, a to zwiększa ich pewność siebie i powoduje, że stają się bardziej wymagające wobec partnera. Jeśli się buntuje, kobietom układ przestaje odpowiadać i odchodzą. – Taki związek bardziej przypomina relacje biznesowe niż intymną, miłosną więź – uważa prof. Frank Furedi, socjolog z University of Canterbury.

Pod rządami hormonów

W takim razie dlaczego wszystkie kobiety, bez względu na to, czy mężczyźni pomagali im w domowych obowiązkach, czy nie, w badaniu „Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie” deklarowały podobny poziom zadowolenia z seksu? Zapewne faceci z odkurzaczem czy przy zlewie nie wydają się paniom szczególnie atrakcyjni seksualnie – tłumaczą naukowcy. Przypuszczają, że u mężczyzn oddających się domowym zajęciom spada poziom testosteronu. Im jest go mniej, tym panowie mniej podobają się kobietom, a i oni sami też mają mniejszą ochotę na seks. Jednak pewności co do tego nie ma. Na razie dr Lee Gettler z amerykańskiego Northwestern University dowiódł jedynie, że zmiany w stężeniu testosteronu zachodzą w organizmach mężczyzn, którzy zostali ojcami i dużo czasu zaczęli poświęcać dziecku: karmili je, zmieniali pieluchy, chodzili z nim na spacery. Praca Gettlera ukazała się trzy lata temu w czasopiśmie naukowym „Proceedings of the National Academy of Sciences”. Uczony zaprosił do badania ponad 600 zdrowych, młodych mężczyzn w wieku 21-26 lat, a więc w pełni sił witalnych i seksualnych. Pytał ich o styl życia, relacje w związku i stosunki seksualne – tuż po zawarciu małżeństwa i później, gdy w ich życiu zachodziły różne zmiany, np. na świat przyszło dziecko. Regularnie mierzył poziom testosteronu w ich ślinie. Próbki pobierał rano i wieczorem, a potem analizował stężenie hormonu i porównywał informacje na temat wahań jego poziomu ze zmianami, jakie zachodziły w życiu uczestników eksperymentu. Badanie trwało ponad cztery lata.

Seks czy pieniądze, czyli kto może zostać milionerem

Okazało się, że u mężczyzn, którzy zostali ojcami, stężenie hormonu było o 26-34 proc. niższe niż na początku doświadczenia. Wahania musiały mieć związek ze zmianami w życiu badanych, bo spadek poziomu testosteronu był ponad dwa razy większy niż naturalne obniżenie jego stężenia zachodzące wraz z wiekiem – zapewniał dr Gettler. Najmniej bogata w testosteron była ślina panów, którzy każdego dnia poświęcali dzieciom co najmniej 1-3 godziny, czyli całkiem solidnie wypełniali ojcowskie obowiązki.
Faceci z odkurzaczem czy przy zlewie nie wydają się paniom szczególnie atrakcyjni seksualnie. Przypuszczają, że u mężczyzn oddających się domowym zajęciom spada poziom testosteronu
– Niższy poziom testosteronu sprawia, że mężczyźni mają mniej ochoty na seks. Dzięki temu, że stężenie hormonu spada, panów nic nie rozprasza, nie szukają nowych zdobyczy i mogą więcej uwagi skupić na rodzinie – mówił przed kilkunastoma dniami dr Gettler na dorocznym spotkaniu American Association for the Advancement of Science w Chicago.

Testosteron nie jest jednak jedynym związkiem, którego poziom zdecydowanie się zmienia, kiedy mężczyzna zostaje ojcem. W tym czasie rośnie stężenie innego hormonu – prolaktyny. Pozostaje ona na wysokim poziomie zazwyczaj przez rok od narodzin dziecka, ale niekiedy dłużej – zależy to od tego, jak bardzo mężczyzna angażuje się w opiekę nad dzieckiem. Duże stężenie tej substancji może się również przyczyniać do spadku popędu seksualnego u panów. W efekcie para rzadziej decyduje się na seks.

Zbliżenie płci

Mniej seksu w związkach opartych na równouprawnieniu wcale nie musi być efektem zmiany stężenia hormonów – uważa Julie Brines, współautorka pracy „Równość, prace domowe i częstotliwość seksualna w małżeństwie”. Mężczyźni wykonujący domowe obowiązki stają się w oczach kobiet po prostu mniej męscy, bardziej kobiecy, a im mniej różnic między płciami, choćby tych podświadomie odbieranych, tym mniej pożądania. Tezę tę uczona formułuje na postawie badań, które w latach 70. i na początku 80. przeprowadzili seksuolożka Pepper Schwartz i socjolog Philip Blumstein, oboje z University of Washington w Seattle. Uczeni porównali życie seksualne 22 tys. amerykańskich par – małżeństw heteroseksualnych, par heteroseksualnych żyjących w związkach nieformalnych, par gejowskich i lesbijskich. Badacze ustalili, że najrzadziej uprawiają seks pary lesbijskie, a do łóżka chadzają tym rzadziej, im dłużej trwa ich związek. Natomiast najbardziej aktywne seksualnie okazały się pary gejowskie. Wyniki analiz uczeni opublikowali w książce „American Couples: Money, Work, Sex” (Amerykańskie pary: pieniądze, praca, seks).
Przeciwko tym badaniom ostro wystąpiła prof. Marilyn Frye, feministyczna filozofka (lesbijka), która pracowała m.in. na amerykańskim Cornell University. Przyznała, że pary lesbijskie nie kochają się tak często jak heteroseksualne, ale nie to jest najważniejsze. Zbliżenia dwóch kobiet są bowiem głębsze i bardziej satysfakcjonujące, a to właśnie ich jakość decyduje o tym, czy związek jest udany, czy nie. Para lesbijska kocha się przynajmniej pół godziny, podczas gdy 85 proc. małżeństw z długim stażem uprawia seks średnio przez 8 minut. Skąd takie różnice? W związkach dwóch kobiet dochodzi do pełnego kontaktu cielesnego. Para lepiej się rozumie i więcej wie o swoich potrzebach seksualnych. Tak samo może być w związkach heteroseksualnych pielęgnujących równouprawnienie.

Podszepty podświadomości

Jak jest naprawdę, zapewne jeszcze długo pozostanie tajemnicą, bo wciąż niewiele wiadomo o potrzebach seksualnych kobiet – uważa seksuolog Meredith Chivers z kanadyjskiego Queen’s University. W ankietach panie przekonują, że idealny mężczyzna powinien być oddany i czuły dla partnerki, ale z jej badań wynika, że podświadomość domaga się czegoś zupełnie innego – intensywnego seksu z brutalnym macho.
Uczona podłączyła grupę młodych, średnio 28-letnich kobiet do urządzenia, które miało obiektywnie ocenić, co je podnieca. Umieściła zatem w ich pochwach sieć czujników, które rejestrowały zmiany w ukrwieniu i wydzielaniu śluzu. Tak przygotowanym uczestniczkom eksperymentu wyświetlała filmy erotyczne i pornograficzne i pytała o wrażenia. Wszystkie mówiły, że podniecają je wyłącznie tradycyjne stosunki seksualne między kobietą a mężczyzną. Jednak zupełnie co innego rejestrowały czujniki. Z analizy ich wskazań wynikało, że panie podniecał także ostry seks, m.in. obrazy gwałtu z udziałem macho.
Jak wielkie są różnice między deklaracjami a podświadomymi potrzebami, pokazało też badanie Martie Haselton i Kelly Gildersleeve z University of California w Los Angeles. Uczone przeprowadziły słynny test brudnego podkoszulka. Poprosiły grupę panów, by nosili T-shirty i nie zmieniali ich przez trzy dni, a potem dali je do wąchania kobietom. Panie (szczególnie w czasie owulacji) bez większego trudu wyczuwały atrakcyjnych mężczyzn. Co ciekawe, im bardziej męski był właściciel podkoszulka, tym chętniej chciały go poznać. Jak mówią uczone – odezwała się prawdziwa natura kobiety, która na co dzień chętnie skorzysta z pomocy mężczyzny uległego, ale do seksu woli samców umięśnionych, przystojnych, buzujących testosteronem.
Co zatem zrobić, by mieć udany związek? Nie dopuszczać mężczyzn do kobiecych zajęć? Czy jednak równo rozdzielać domowe obowiązki? Z analiz dr Lynn Prince Cooke z University of Kent wynika, że ryzyko rozwodu maleje, jeśli mężczyzna wykonuje mniej niż 40 proc. prac domowych, a kobieta resztę. I jeszcze jedna rada dr Cooke: jeśli związek ma być udany, to ona nie może przynosić do domu więcej pieniędzy niż on.

 http://www.msn.com/pl-pl/styl-zycia/zwiazki/sprz%C4%85tanie-albo-seks/ar-AAgwamE?ocid=SK2MDHP#page=3

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.