Ponoć w miłości jak na wojnie - wszystkie chwyty dozwolone? Ale czy na pewno musi tak być? Chyba najwyższy czas już złożyć broń i zawrzeć pokój. Bo militarne nastawienie nie służy naszym związkom.

Od dawien dawna ludzie kojarzyli miłość z wojną. Bogowie miłości byli równie okrutni co bogowie wojny, jeżeli nie bardziej, a przysłowia zapewniają nas, że w miłości jak i na wojnie - wszystkie chwyty dozwolone.
Jeden z gorętszych romansów rzymskiej (a wcześniej greckiej) mitologii to związek Wenus, bogini miłości, z Marsem, bogiem wojny, z którego według różnych wersji miał się narodzić Kupidyn - ten mały, urwisowaty bożek zakochania i pożądania. Ten latający bez gaci gnojek ze swoim łukiem jest jednym z najgorszych okrutników - pojawia się w mitach głównie po to, żeby kogoś ukarać miłością. Gdy Apollo mu dokucza i każe mu się zabierać ze swoją dziecinadą dostaje strzałę w tyłek i zaczyna cierpieć katusze nieodwzajemnionej miłości do Dafne. Tę piękną historię można przeczytać w "Metamorfozach" Owidiusza, które oczywiście gorąco polecam.

Można by pomyśleć, że po dwóch tysiącach lat chrześcijaństwa zachodnie społeczeństwo wyewoluowało na tyle, żeby łagodniej myśleć o miłości. Ale gdzie tam. Wojna płci trwa w najlepsze. Wystarczy wziąć pierwszy lepszy magazyn dla kobiet, żeby zostać zalaną gradem porad w stylu: „Zerwij z nim, żeby sprawdzić czy naprawdę mu zależy”, „Wyślij samej sobie kwiaty, żeby obudzić w nim zazdrość”.
 
Nawet te mniej durne zalecenia, wygłaszane w dobrej wierze, często wynikają z karykaturalnie rozumianego feminizmu - nie daj się mu, okop się emocjonalnie, miej plan awaryjny. Wychodzą z założenia, że cały czas trzeba się pilnować, bo jak dasz facetowi palec, to weźmie całą rękę. Oczywiście, warto być silną i niezależną, ale na miłość trzeba się ufnie otworzyć, bo inaczej nic z tego.
Po drugiej stronie linii frontu nie jest lepiej. Od różnych „ekspertów podrywaczy” mężczyźni dowiadują się, że kobieta to ich wróg i uczą się przeróżnych praktyk, aby tego wroga pokonać, zupełnie ignorując tę rewolucyjną teorię, że kobieta to człowiek jak każdy inny.
Nasze zwyczaje okołoślubne też sugerują, że przyszli małżonkowie idą na wojnę lub do więzienia co najmniej, a obrączka to prawie jak kajdany. Widziałam figurki z tortów weselnych, w których panna młoda w rękawicach bokserskich lub tradycyjnym wałkiem tłucze pana młodego (w końcu przemoc domowa jest taka zabawna). Niby to wszystko to żarty, ale siedzimy w takiej wizji świata i miłości po uszy i wchodzi nam to w krew.

Kończy się tym, że jak na ringu staramy się wykorzystać każdą słabość "przeciwnika", żeby wygrać. Ale wygrać co? Poważne badania naukowa są zgodne - takie taktyki tak naprawdę nie działają. I jedne i drugie strony tej świętej wojny wypaczają rezultaty badań, żeby potwierdzić skuteczność swoich sposobów, ale oczywiście nie ma żadnych uniwersalnego zestawu sztuczek, które gwarantują, że ktoś wskoczy z tobą do łóżka i cię pokocha.

To wszystko, co jest ekscytujące w filmach, literaturze czy muzyce, jest toksyczne w prawdziwym życiu, więc zostawmy miłosno-wojenne rozgrywki sztuce. Nie jesteśmy z Marsa i Wenus, jesteśmy z Ziemi. Jak już napisałam nie ma uniwersalnie skutecznych rad, ale chyba to jedno stwierdzenie jest prawdzie: kto uważa że należy prowadzić ciągła cichą wojnę podjazdową ze swoim partnerem ten nigdy nie będzie w prawdziwie szczęśliwym związku. Próba zrozumienia, empatia i zwyczajne bycie dobrym człowiekiem sprawdza się lepiej na dłuższą metę.

 http://www.msn.com/pl-pl/styl-zycia/zwiazki/mi%C5%82o%C5%9B%C4%87-to-nie-jest-wojna-a-kobiety-i-m%C4%99%C5%BCczy%C5%BAni-nie-s%C4%85-wrogami/ar-BBrAxd5?ocid=SK2MDHP#page=2

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.