Zarzuty „bo ty mnie nigdy nie słuchasz”, pytania „dobrze ci było?”, stwierdzenia: „musimy od siebie odpocząć” padają w związku kobiety i mężczyzny z obu stron. Jak je rozumieć, radzi w swojej najnowszej książce „Rozmówki małżeńskie” prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Publikujemy jej fragmenty.

Bo ty mnie nigdy nie słuchasz
Jedne z najczęstszych słów padających podczas kłótni małżeńskich. I świetny przykład na to, jak bardzo mężczyźni i kobiety inaczej rozumieją pewne zdania. Wynika to z tego, że zazwyczaj kobiety i mężczyźni, mówiąc to, mają na myśli zupełnie co innego. Ze strony mężczyzny: Nie słuchasz mnie! oznacza: Ja do ciebie mówię, a ty nic z tego nie rozumiesz. W przypadku kobiet częściej chodzi o to, że On nie zmienia się według wytycznych, które mu przedstawiła.

Co ma na myśli ON
Najczęściej chodzi mu o komunikat dosłowny. Mówi na przykład: Może pójdziemy dzisiaj wieczorem do kina? A Ona milczy. No i dla niego sprawa jest jasna - Ona mnie nie słucha. On czeka na jakąś reakcję i się denerwuje.

Co ma na myśli ONA
Uważa, że On powinien się zmienić, i Ona mu to przecież często powtarza. Denerwuje się, że jej nie słucha, bo nie zmienia się, tak jak Ona sobie to wymyśliła.
Ba, ale jak ma się zmienić? Kłopot polega na tym, że w przypadku kobiet oczekiwanie zmiany dotyczy bardzo, bardzo wielu rzeczy - od sposobu bycia przez prowadzenie rozmowy czy zmianę priorytetów, by teraz np. więcej czasu poświęcał jej i jej domowi. Ważna jest też dla niej zmiana jego osobowości. Chciałaby, żeby On był mniej impulsywny, bardziej uczuciowy, czyli oczekiwane zmiany dotyczą charakteru. Gdy Ona mówi: Ty mnie nie słuchasz!, ma na myśli: Przecież często mówię ci o tym, że powinieneś się zmienić, i nic się nie dzieje...

Moja rada
Jeżeli jemu zależy na tej partnerce i nie chce sytuacji konfliktowych, powinien obiecać poprawę. Nawet jeśli nie uznaje tego za coś priorytetowego. Powinien powiedzieć, że się przecież stara zmieniać. Jeśli Ona usłyszy, że On czyni starania i widzi taką potrzebę, to już jest bardzo dużo i Ona będzie uspokojona. Panowie, zrozumcie: to uniwersalna zasada, że właśnie kobiety marzą o tym, żeby nas zmieniać pod każdym względem.
A wy, panie, pamiętajcie, że jeśli mężczyźni mówią o zmianie, chcą zazwyczaj jedynie wynegocjować większe urozmaicenie i częstotliwość współżycia. Taka zmiana ich właśnie najbardziej interesuje. Na przykład Ona nie przepada za seksem oralnym, a On liczy na to, że tu się kiedyś coś zmieni. Albo Ona to polubi, albo przynajmniej nie będzie protestować, gdy On będzie ją do tego namawiał.
Choć zdarza się jeszcze druga grupa, tradycjonaliści, którzy marzą o tym, by ich żona zmieniła się i bardziej zajęła domem, więcej uwagi poświęciła dzieciom. Przeważnie dotyczy to tych panów, którzy taki obraz wynieśli ze swojego rodzinnego domu.

Dobrze ci było?
Najczęściej jest to pytanie zadawane kokieteryjnie, bo wiadomo, że było i jest dobrze Partner lub partnerka są wniebowzięci. Mimo wszystko chce się usłyszeć tę oczywistą odpowiedź. Najlepiej z odpowiednim rozwinięciem i dokładnym opisem, jak bardzo dobrze.
To pytanie wiele mówi o zadającym je partnerze. Narcyz nigdy nie zada takiego pytania, bo dla niego to oczywiste, że z nim zawsze jest dobrze. Takie pytanie byłoby poniżej jego godności. Najczęściej zapytają o to osoby, które mają trochę obniżoną samoocenę, muszą być stale dowartościowywane. Takie potwierdzenie miłego faktu na moment poprawia im samopoczucie.

Gdy pyta ON
Warto zacząć od tego, by spróbować zrozumieć to pytanie dosłownie. Jeśli reakcje partnerki podczas seksu były skąpe, to diabli wiedzą, czy jej dobrze, czy nie. Filmy pornograficzne utrwaliły u mężczyzn przekonanie, że kobiety zawsze przeżywają orgazm niezwykle ekspresyjnie. Krzyczą, rozdrapują do krwi plecy partnera, drżą jak przy ataku padaczki. A przecież jest całkiem spora grupa populacji, która satysfakcjonujący orgazm odczuwa w ciszy, z zamkniętymi oczami. Dla kogoś, kto to obserwuje - w ogóle nic się nie dzieje. Nic nie zauważy. Może kilka przyspieszonych oddechów, ale to wszystko. Jeśli podczas seksu reakcje partnerki są nieczytelne, to nic dziwnego, że On zadaje pytanie typu diagnostycznego: Było ci dobrze? Miałaś orgazm? Pyta, bo się o nią troszczy. Jemu było dobrze, starał się też ją zaspokoić. Po udanym seksie i wspólnym orgazmie partnerzy są w dobrym nastroju, czuli dla siebie. Często wykorzystują ten stan, by wspólnie planować przyszłość.

On pyta, bo się troszczy? 
Nieco inne tło ma takie pytanie, gdy reakcje partnerki były jednoznaczne. Miała orgazm, przeżywali oboje silne emocje, ale mimo to On pyta: Było ci dobrze? W tym przypadku często chodzi o seks z kobietami doświadczonymi. On jej ufa, że miała z nim orgazm, ale skoro Ona uprawiała już kiedyś seks z innymi mężczyznami, to dręczy go myśl, że z tamtymi mogło być jej lepiej. Więc może to, co właśnie przeżyli, nie jest na miarę jej oczekiwań? Może z tamtymi miała - w skali od zera do dziesięciu - dziewięć, dziesięć, a z nim tylko trzy? Pytanie: Czy było ci dobrze? można w takim przypadku przeformułować: Czy było ci dobrze jak z poprzednimi, czy ze mną było ci lepiej? Ale przecież On takiego pytania nie zada. Nie pozwoliłaby mu na to jego duma. Pyta więc: Czy było ci dobrze? z nadzieją, że Ona powie mu, że było jej z nim najlepiej w życiu. To go uspokoi.
To, czego On nie wie, a nawet się nie domyśla - że dla kobiet orgazm i satysfakcja to są zupełnie inne kategorie. Mogą się łączyć, ale nie muszą. Kobieta może mieć satysfakcję z kontaktu z partnerem łóżkowym bez orgazmu. Nie miała orgazmu, ale ma satysfakcję. Może być też tak, że ma orgazm, ale w ogóle nie czuje żadnej satysfakcji z seksu. No bo orgazm pojawił się u niej w wyniku zwykłego odruchu. Kobieta, która jest zmysłowa, reaguje po prostu na bodziec. Jeśli był bodziec w postaci pieszczoty czy ruchów członka w pochwie, to odruchowo mógł powstać orgazm, a ona wcale tego seksu nie chciała i nie ma z tego stosunku żadnej satysfakcji. Zdarzają się nawet orgazmy w trakcie gwałtu. Taki orgazm może wywołać u kobiety złość i frustrację, a nie satysfakcję.
W łagodniejszej formie - co słyszę czasem podczas sesji terapeutycznych w moim gabinecie - kobiety skarżą się na partnerów, z którymi nie są już związane emocjonalnie, ale okazjonalnie jeszcze z nimi współżyją. Nawet jeśli podczas seksu z nimi mają orgazm, nie czują już żadnej satysfakcji. Taki stosunek, nawet okraszony orgazmem, nie daje im przyjemności. Bo nie jest im dobrze z tym partnerem. Ani w łóżku, ani w życiu.
Bywają też sytuacje, w których pytanie: Dobrze ci było? może kobietę rozzłościć. Zdarza się to w przypadku partnerek, które uważają, że On powinien to po prostu wiedzieć. Czyli jeżeli ją pyta, to oznacza, że nie jest odpowiednio wnikliwy. Doświadczony, dobry kochanek nie pyta o sprawy oczywiste, więc dobrze ci było? zmniejsza jego wartość w oczach partnerki.

Gdy pyta ONA
No, to znowu może mieć kilka poziomów.
Całkiem możliwe, że Ona tego nie zauważyła. Jeśli On miał dość anemiczny orgazm, a dodatkowo używał prezerwatywy, to ona nie wie, czy on miał wytrysk, czy nie.
Inne zabarwienie ma takie pytanie, gdy Ona wie, że partner prowadził bogate życie erotyczne. No to teraz - Czy było ci dobrze w porównaniu z twoimi poprzednimi kochankami? No to jak ci było ze mną? To bardzo często sprawa więzi uczuciowej: Czy ja mu się podobam?
Było ci dobrze?, czyli - Czy jestem dla ciebie atrakcyjna, czy budzę w tobie pożądanie? To jest test. Test własnej atrakcyjności. Kobiecej. Jeżeli mu się podobam, to budzę w nim pożądanie. Może być tak, i Ona myśli słusznie. Bywają w moim gabinecie pary, które prowadzą bardzo uregulowane życie seksualne. Zawsze kochają się w piątek wieczorem. Odbywa się to w podobny sposób. On ma erekcję, orgazm. Wszystko jest w porządku. Ale ona ma wątpliwości. Bo skąd może wiedzieć, czy jemu z nią jest naprawdę dobrze? A może to jedynie naturalna reakcja organizmu wynikająca z przyzwyczajenia? Więc Ona pyta, czy rzeczywiście było mu z nią dobrze, ale tak naprawdę martwi się, czy On jeszcze na nią reaguje, czy Ona mu się podoba.
Istnieje też trzeci poziom. Nie możemy wykluczyć, że takie pytanie to po prostu czysta kokieteria. Bo Ona wie, że było mu dobrze. Wie, że jest świetną kochanką. Że jest atrakcyjna. I to pytanie właściwie niczemu nie służy poza potwierdzeniem oczywistego faktu.


Moja rada
Osoby z obniżoną samooceną i mniejszym poczuciem własnej wartości oczekują często potwierdzenia. W różnych okolicznościach, nie tylko w kontekście seksualnym. Bywa, że ktoś bardzo dobrze gotuje - nieważne, czy to On, czy Ona. Jego/jej kuchnia powszechnie uchodzi za smaczną. Tak mówi rodzina, tak mówią znajomi. A mimo to po każdym posiłku On lub Ona patrzy na nas z obawą i dopytuje się: Smakowało ci?
Pewnie! Na pewno smakowało. Przecież nie mogło nie smakować. Ale mimo wszystko zawsze pada to pytanie. To jest właśnie obniżona samoocena.
Warto sobie z tego zdawać sprawę, choć zdecydowanie radzę, by takim osobom mówić jak najczęściej komplementy, nie bawiąc się w psychoanalityka.
Oczywiście warto by rozpoznać problem, który dręczy taką osobę, ale my, w gabinecie terapeutycznym, mamy większe spektrum działania i możemy dojść do tego, dlaczego ta osoba ma obniżoną samoocenę. Później w gabinecie próbuję odbudowywać poczucie własnej wartości tej osoby, bo takie notoryczne potwierdzanie może być dla jej bliskich po prostu męczące. Takie historie zdarzają się bardzo często.
Niedawno miałem w poradni kobietę, która była stale dołowana w domu rodzinnym. Nikt jej nie chwalił, gdy osiągała ewidentne sukcesy, za to na każdym kroku wytykano jej błędy. To już tak bardzo jej się utrwaliło, że cokolwiek zrobiła, czekała na krytykę. Jej mąż w ogóle nie rozumiał, o co tutaj chodzi. W końcu partnerzy nie robią przecież wywiadów środowiskowych. A nawet jeśli co nieco rozumieją z mechanizmów psychologicznych, to nie chcą się pogodzić z tym, że sytuacje z zamierzchłej przeszłości mogą rzutować na ich codzienne życie. Było, minęło... Co ma piernik do wiatraka? W ogóle nie widzą tego związku.
A on jest bardzo silny. Do tego stopnia, że nawet pracując z pacjentami o obniżonej samoocenie, co i rusz słyszę od nich pytania: Jakie postępy robię, panie doktorze?
Jestem traktowany jak rodzic, na którego pochwale tak bardzo pacjentowi zależy.

Musimy od siebie odpocząć
Bądźmy poważni... Co to znaczy „odpocząć od siebie”? Jedyna zasadna sytuacja, w której mogłyby paść takie słowa, jest wówczas, gdy związek przechodzi naprawdę burzliwą fazę. Kiedy On i Ona się codziennie kłócą albo nawet biją. Te konflikty są już dla obojga nie do wytrzymania. Wtedy się oboje zgadzają, że powinni się przeprowadzić do różnych pokojów, nie rozmawiać, nie dyskutować albo wyjechać osobno na urlop. Natomiast częściej się spotyka wariant inny.
Gdy mówi to ON
Te słowa to elegancka zapowiedź rozstania.
Gdy mówi to ONA
Patrz wyżej.
Jedno z partnerów mówi: "Musimy od siebie odpocząć", a drugie próbuje je zatrzymać

Moja rada
Najczęściej tak mówią ludzie kulturalni, którzy nie chcą przesadnie się ranić i stopniowo od siebie odchodzą. Nie pakują walizek w pięć minut i wyprowadzają się, wiedząc, że między nimi koniec - rozstają się na raty. Patrząc sobie w oczy, zapewniają, że chcą tylko trochę odpocząć, mieć czas na przemyślenie ich związku. Jednak tak naprawdę te słowa oznaczają: „Żegnaj!”.
Ale uwaga, inaczej jest, jeśli On lub Ona mówią: „Dajmy sobie trochę więcej czasu”. Mogłoby się wydawać, że po takim stwierdzeniu też nic już nie można zrobić i związek na pewno się rozpadnie. Ale to nieprawda. Właśnie po takich słowach pary bardzo często przychodzą po pomoc do gabinetu terapeuty. I codziennie jestem świadkiem tego, jak wielką metamorfozę można przejść. Jak wiele można z siebie dać, żeby zatrzymać drugą osobę. Można wyjść z najcięższego kryzysu, jeśli ktoś, kto nas zranił, ale kogo wciąż kochamy, udowodni nam, że jest w stanie zrobić wszystko, byśmy z nim pozostali.
Właściwie najważniejsze to przekonać partnera, że jesteśmy zdolni do zmiany. Gdy to się uda, reszta jest już łatwiejsza. Miałem niedawno taki przypadek - całkiem typowy. Ona miała już dość życia z facetem, który był kłótliwy, reagował impulsywnie na najmniejszy cień krytyki. Zdecydowanie za dużo pracował w tygodniu, a w weekendy grał z kumplami w karty. Jakby tego było mało, z natury był skąpy i ciągle żonie wypominał, że jest rozrzutna, bo zamiast kupować wszystko na promocji, robiła normalne zakupy.
Nawet mi trudno było uwierzyć, że tak łatwo uda się ich związek postawić na nogi. Ale ten facet rzeczywiście wszystko przemeblował. W ciągu dwóch tygodni przeprowadził życiową rewolucję: zmienił pracę, odciął się od kumpli, przestał kontrolować wydatki żony, zapanował nad swoim temperamentem i nauczył się słuchać.

Po co nam ślub? Przecież się kochamy
Wspólne życie bez papierka na początku związku to norma - w końcu minęło sporo lat od czasów, gdy małżeństwa aranżowano, a narzeczeni spotykali się pierwszy raz w dniu ślubu. Ale jeśli po kilku latach, gdy rozmowa schodzi na sformalizowanie związku, nasz partner zaczyna się dziwić, że namawiamy go na pójście do ołtarza (albo chociażby urzędu), to może to oznaczać co najmniej dwie rzeczy.
Co to znaczy, jeśli po kilku latach, gdy rozmowa schodzi na sformalizowanie związku, nasz partner zaczyna się dziwić, że namawiamy go na pójście do ołtarza?

Niebezpieczne związki
Całkiem sporo ludzi ma złe doświadczenia rodzinne. Jeśli w dzieciństwie bardzo przeżyli rozwód rodziców albo rodzice mimo ślubu wciąż zmieniali partnerów i oszukiwali się wzajemnie, to nic dziwnego, że później nie ceni się instytucji małżeństwa. Jeśli obrączka nie zabezpiecza przed zdradą, to po co się wiązać? Takie osoby same często są w długoletnich, satysfakcjonujących je związkach i podkreślają, że ich trwałość zawdzięczają temu, że to był ich osobisty wybór. Potem mówią mi w gabinecie: Przecież znamy tak wielu ludzi, którzy wzięli ślub, a potem to małżeństwo rozbili. A my, panie doktorze, nie wzięliśmy ślubu i jesteśmy razem już od 15 lat. Takie osoby boją się, że ślub wszystko zepsuje. Przestaną się o siebie codziennie starać, zdobywać się, uwodzić. Uznają, że mają pełne prawo żądać, by partner był dla nich na wyłączność. A to zabije ich związek. Już wolą utrzymywać go w takiej niepewności. To jest ich zdaniem gwarancja sukcesu.

Otwarta furtka
Niektórzy nie chcą się wiązać z bardziej prozaicznej przyczyny. Nie są do końca przekonani, że osoba, z którą się związali, jest tą właściwą - docelowym portem. Jest im z sobą dobrze, wygodnie i fajnie, ale wolą poczekać. Może się jeszcze trafi ktoś lepszy?
Dla partnera albo partnerki taka postawa to bardzo bolesny cios. Strasznie uderza w ich poczucie własnej wartości. Co? Nie jestem na tyle atrakcyjna, żeby On uznał, że chce być ze mną na zawsze? Niejeden związek rozpadł się dlatego, że On lub Ona dali drugiej stronie do zrozumienia, iż chcą być z nią na chwilę, do momentu poznania kogoś lepszego. Po takiej informacji właściwie nie ma co ze związku zbierać, a zawiedziona partnerka/partner szybko wiąże się z kimś innym. Kto może i nie jest tak przystojny, inteligentny i zabawny, ale zaproponuje ślub. Czyli to, na czym tej osobie w tym momencie zależy.

Moja rada
Statystyka mówi, że ślub jest ważniejszy dla kobiet niż dla mężczyzn. Ale to tylko statystyka. W życiu bywa różnie. Jeśli jedna osoba pragnie ślubu, a druga się przed tym broni, to prędzej czy później ten konflikt wybuchnie. Być może dlatego, że ludzkość nie wymyśliła jeszcze związków kontraktowych. Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby małżeństwa były zmuszone z urzędu, by co pięć lat odnawiać ślub. Ile związków przetrwałoby próbę czasu? Obawiam się, że całkiem sporo par już by tego kontraktu nie odnawiało. A może się mylę? Może ludzie by się bardziej starali i związki byłyby trwalsze?
O ile jednak sam ślub nie daje nam gwarancji, że pozostaniemy z sobą do końca życia, to jasne postawienie sprawy, że ślubu nie chcemy, może być dla naszego partnera upokarzające. Nikt nie chciałby od ukochanej osoby usłyszeć: Nie jesteś aż tak dla mnie ważna. Dzisiaj się kochamy, jutro możemy się nie kochać. Miłość może się zmniejszyć, zniknąć. Właściwie to nie wierzę, że będziemy się kochać do końca życia.

To jest jak policzek.
Jeśli partner chce ze mną wziąć ślub, to daje mi - jeśli nie gwarancję - to przynajmniej poczucie, że chce być ze mną, nawet gdy przyjdą jakieś kryzysy. To jest ta deklaracja, na którą czekam.
Ale zaznaczam, że są ludzie, którzy mają po prostu awersję do małżeństwa, bo przekonali się, że ślub nic nie zmienia. Ich też trzeba rozumieć.
Książki prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza są dostępne w Publio.pl
Prof. Zbigniew-Lew Starowicz (Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta) i jego książka (fot. materiały prasowe)
Zbigniew Lew-Starowicz. Najbardziej uznany polskie seksuolog, psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta, profesor nauk medycznych. Od lat pomaga leczyć zaburzenia związane z seksualnością człowieka i relacjami w związkach partnerskich. Jego hobby to studiowanie Biblii, jazz, blues tradycyjny i muzyka latynoamerykańska. Kolekcjonuje fajki. Autor niezwykle popularnej i cenionej serii poradników "O kobiecie", "O mężczyźnie", "O miłości", "O rozkoszy", "O zazdrości" i Wszystko da się naprawić"

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.