Hej,
Myślisz, że na wiele rzeczy jest za późno?
Że już ci się nie uda?
Że przecież tyle razy próbowałaś?
Że ciężko ułożyć sobie życie z dziećmi?
To przeczytaj.
Miałam dwadzieścia lat i byłam piękna. O co ja się wtedy siebie czepiałam? Patrzę na zdjęcia i myślę: „Na pewno niczego, byłam idealna, taka osoba nie mogła się siebie czepiać”. A jednak pamiętam. Czepiałam się wszystkiego. Że udo za grube, pierś nie taka, no a przede wszystkim dusza i życie nie to. „ Powinnam być lepsza” mówiłam sobie. Śmieszna byłam. Uroda bije z tych zdjęć. Młodość, świeżość. Pewności tylko nie ma. Z kim ja wtedy byłam. Aaaa, pamiętam. Byłam zaraz po rozstaniu. Dziś ledwo pamięta jego imię. Że też mi nikt nie powiedział: Ej, Mała, to zaraz minie. Tyle godzin tej pięknej młodości marnujemy, głupie my:)

Miałam trzydzieści lat i byłam zaangażowaną żoną

Z jednym dzieckiem w brzuchu, z drugim przy boku. Nauczyłam się bawić o piątej rano w uciekające żabki, zapomniałam co to ciągłość snu, zrozumiałam jak ważna jest odpowiedzialność. Głośno było koło mnie, głośność ta trochę męczyła. Myślałam: „O nie, to już trwać będzie, straszne”. Głupie my, nie wiemy, że ten dziecięcy harmider koło nas mija i tęskni się za tym hałasem.
Miałam trzydzieści lat i męża, pelargonie na balkonie, fikusy w domu i rozgardiasz prawdziwej żony i matki.

Miałam czterdzieści lat, dzieci dorastały, a ja zaczęłam czuć się źle w roli żony

Bo on popijał, bo siedział na kanapie, bo w niczym nie pomagał. Z drugiej strony potem na terapii zrozumiałam, że nie dawałam mu pomagać. Wyhodowałam sobie maharadżę, któremu podtykałam pod nos różne luksusy życia– od jedzenia, poprzez seks, po kino, teatr, wyjazdy. A przecież chłopak w miarę dobrze się zapowiadał. Ale jeśli dużo dajesz, zagłaskujesz, odsuwasz z przekonaniem, że zrobisz to lepiej – ktoś zostawia ci przestrzeń. Szczególnie jeśli ma w sobie choć nutę egoizmu i egocentryzmu. Lubimy mieć wygodnie, prawda?
Ocknęłam się w wieku 45 lat. „Gdzie ja jestem” pomyślałam. Byłam nigdzie. Nie to miejsce, nie to życie, nie ten mężczyzna.

Mam pięćdziesiąt lat. Słabo brzmi, prawda?

Ale to nie jest słabe. Patrzę w lustro i widzę piękną, szczęśliwą kobietę. Kobietę, która na pytanie: „co czujesz?” odpowiada po prostu: „Jestem zła, rozdrażniona, wesoła”, nie zastanawiam się, nie kluczę. Kobietę, która budzi się i zasypia obok faceta, który tyle samo daje, ile dostaje. Która była w stanie wziąć na siebie zdziwienie rodziny, niedowierzanie dzieci, zadecydowała, że kończy małżeństwo, choć mogła dreptać obok dalej.
„Nigdy nikogo nie spotkasz. Jesteś za stara”  stwierdził mój mąż.
A jednak spotkałam. I dziś mam już nawet dobre relacje z byłym mężem. Bo pomogłam mu naszym rozstaniem. Związał się z inną kobietą, schudł, więcej w nim radości. Nie musimy umierać za życia, nie musimy się poddawać z wygody czy z lęku. W każdym momencie jest czas na zmiany. No i na miłość.

Jak przychodzi dojrzała miłość?

Najczęściej przychodzi do człowieka, który nie musi już sobie niczego udowadniać. Wie kim jest, nawet godzi się na samotność, bo rozumie, że lepiej samemu niż bez sensu. To człowiek „kompletny”. Lubię to tak nazywać. Świadomy swoich mocnych i słabych stron. Możesz z kimś być, ale już się nie dusisz bez niego.
Skoro nie masz ogromnych wymagań, miłość nie musi przyjść spektakularnie. Niby zawsze to wiedziałam, ale jednak miłość do męża była jak rażenie piorunem. Miałam 22 lata w końcu. Nie zauważałam żadnych ostrzegawczych sygnałów, choć było ich sporo. Do kobiety dojrzałej też dobijają się spektakularni mężczyźni. Dużo gestów, słów, spontaniczności. Tylko ona umie już wyłapywać sztuczność. Albo tymczasowość. Rozpozna kolekcjonerów, mężczyzn, którzy może i chcą kochać, ale na pewno tego nie potrafią, a odpowiedzialność jest słowem, o którym nie mają nawet pojęcia.
Czy nie ma takich kobiet? Pewnie, że są.
Dojrzała kobieta nie potrzebuje odpowiedzialności na całe życie, ale na „tu i teraz”, w codzienności ona zawsze się przydaje. Co to jest „niespektakularne przyjście?”. Już nie ma takich oczekiwań, może się zacząć od zwykłej znajomości, przyjaźni. Człowiek nie jest taki narcystyczny, nie przejmuje się tym, co ktoś o tym myśli. Nie analizuje krytyki i uwag.
A ludzie zaczynają akceptować twoje wybory. Bo już się pytasz: „A co o tym myślicie?” tylko oznajmiasz: „tak chcę”, „jest dobrze”, „pasuje mi to”.

Miłość dojrzała jest tolerancyjna. Jeśli wiesz czego oczekujesz od relacji, przestajesz czepiać się o źle odłożona łyżkę czy bałagan. Rozumiesz swoje priorytety. Moim priorytetem jest na przykład energia, chęć poznawania świata. Przynajmniej teraz, bo być może w wieku trzydziestu lat priorytety miałam inna.
Ale zawsze chciałam mieć partnera, który kocha podróże i potrafi nie robić problemów. Z wiekiem to mi się nasiliło. Nie mam siły na nieistniejące problemy.

Miłość dojrzała jest wesoła. Bo życie jest samo w sobie dostatecznie trudne, szkoda się więc wspólnie smucić. Tę „wesołość” odnajduje się w drobiazgach. Właściwie wszystko może być powodem do śmiechu. Rzadziej już jednak inni ludzie, bo człowiek po prostu wie, że to jest zwyczajne wyśmiewanie, a na to też szkoda mu energii.

Miłość dojrzała jest wspierająca. Dla młodych sukces drugiej osoby bywa zagrożeniem. Jego/ jej pasje, marzenia, nierealne nawet oczekiwania. Blokuje się więc drugą osobę niby dla jej dobra, a w rezultacie dla siebie. Dojrzałość raczej mówi: „idź i dobrze się baw, zrób fajne rzeczy, będę obok”. W tym czasie robi się swoje rzeczy i nie wymyśla się, że czyjś krok w przód to upadek relacji. W ogóle mniej się spektakularnych słów używa.
No i nie zmieniasz nikogo na siłę. Dziś mi się to wydaje nawet zabawne, jak chciałam, żeby mój mąż był taki jak ja i moje wyobrażenia o nim. Nie dziwię się, że ludzie uciekają, chowają się, gdy chcemy ich zmieniać. Sama to robiłam, patrzę jak robi to moja córka i po prostu mi jej szkoda, bo pewnie dojdzie do tego samego wniosku co jej matka. No, albo stanie się zgorzkniała.
Bo są tylko dwa końce historii o zmienianiu kogoś.
Siebie możesz zmienić. Tylko tyle. I to bardzo pomaga w odnalezieniu miłości dojrzałej. Bo chyba nie trzeba czekać z tymi wnioskami do pięćdziesiątki. Inaczej: lepiej nie czekać. :)
wysłuchała: Katarzyna Troszczyńska

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.