Dają z siebie wszystko, a dostają tak mało. Znoszą złe traktowanie i nie potrafią uwolnić się od toksycznego związku, który je niszczy. Mają zaniżoną samoocenę. Według psychologów przyczyn wchodzenia w toksyczne związki trzeba szukać w ich dzieciństwie.

Toksyczne związki, choć często o nich się mówi i pisze, zdarzają się coraz częściej. Dla niektórych kobiet miłość to cierpienie. Ciągle wierzą, ze dzięki nim i ich wysiłkom ON może się zmienić, muszą się tylko bardziej postarać. Na wszystko się zgadzają, przymykają oczy na kłamstwa i upokorzenia i karmią się nielicznymi chwilami, kiedy dostawały trochę czułości. Tracą poczucie własnej wartości, coraz mniej w siebie wierzą i uważają, że to one są winne niepowodzeń w związku. Mają do siebie pretensje, czują się coraz mniej atrakcyjne. Po pewnym czasie zaczynają się domyślać, że ten związek im szkodzi, ale nie są w stanie odejść. Tak, jakby sądziły, że nie zasługują na nic lepszego.
Kobiety, które kochają za bardzo często wychowywały się w rodzinach, w których nie otrzymały potrzebnego im wsparcia, zrozumienia, czułości i miłości. Nie zaznały prawdziwej troski, dlatego teraz usiłują odrobić te zaległości, stając się czyjąś opiekunką, a wręcz podnóżkiem. Brakowało im wzorców prawidłowych relacji miedzy kobietą a mężczyzną.

Lepszy toksyczny związek niż opuszczenie

W toksyczne związki wchodzą kobiety, które nie dostały w dzieciństwie odpowiedniej bazy emocjonalnej, nie mogły liczyć na wsparcie, przytulenie w trudnych chwilach. Nie czuły się ważne. Dlatego nie wiedzą, że mają prawo do poczucia bezpieczeństwa i bezwarunkowej akceptacji.
Wyszły z rodzinnego domu z olbrzymim głodem miłości, a ich związki z mężczyznami są sposobem na jego zaspokojenie. Ponieważ w dzieciństwie musiały zaakceptować brak ciepła i troski, teraz silnie pociągają ich osoby niedostępne uczuciowo lub niezaradne. Dlatego często wybierają na swych partnerów mężczyzn niezaradnych życiowo, słabych lub też emocjonalnie zdystansowanych, zimnych. Mają nadzieję, że tym razem swoją miłością i poświęceniem odmienią rzeczywistość. Zrobią wszystko, aby związek przetrwał, ponieważ bardzo boją się opuszczenia i samotności, których doświadczyły już w domu rodzinnym. Nisko siebie cenią i nie wierzą, że zasługują na szczęście. Z tego powodu długo znoszą złe traktowanie i obwiniają siebie za wszystkie problemy w związku.



Julianna: Krzysztof stał się całym moim światem

Kochałam go niemal bezgranicznie. Nawet dziś, już po rozwodzie, z trudem próbuję organizować sobie życie od nowa. Nikt inny się dla mnie nie liczył, chciałam spędzać czas tylko z nim. Zakochałam się w nim i szybko wzięliśmy ślub. Pierwsze 2 lata były wspaniałe, potem już coraz gorzej. Wydawało mi się, że to wszystko moja wina, że jestem nudna i głupia i dlatego on coraz mniej jest mną zainteresowany, coraz częściej wychodzi z kolegami. Mówił, że potrzebuje więcej przestrzeni, że ma swoje sprawy, kumpli i że nie musimy być stale razem. Fakt, że ja nie miałam zupełnie swojego towarzystwa, koleżanek czy przyjaciółek. Nie czułam takiej potrzeby, chciałam być tylko z nim. Gdy wyjeżdżał, z trudem wymyślałam sobie zajęcia, ale nic nie sprawiało mi prawdziwej przyjemności, jeśli nie mogłam jej z nim dzielić. On coraz częściej stawał się agresywny, czepiał się o wszystko, krzyczał, wyzywał od głupiej, poniżał, także przy swoich znajomych. Śmiał się z tego, co mówię, krytykował, miałam wrażenie, że się mnie wstydzi. Zaczęłam czuć się coraz gorzej ze sobą, traciłam pewność siebie. Gdy wyjeżdżał, byłam coraz bardziej niespokojna i zazdrosna. Zaczęłam go sprawdzać, przeszukiwać jego telefon komórkowy i maile. No i w końcu coś znalazłam. Miał romans z koleżanką z pracy. Wpadłam w depresję, zupełnie się posypałam. Obiecywał, że z nią zerwie, ja postanowiłam wybaczyć, ale tak naprawdę nigdy już nie mogłam mu ufać. Byłam coraz bardziej zazdrosna i niepewna, on coraz bardziej zdenerwowany, chłodny, nieobecny i zdystansowany. Zdarzało się nawet, że mnie popchnął, uderzył. Czułam potworne napięcie. Bałam się go, a mimo to nie mogłam sobie wyobrazić życia bez niego. Ciągle wychodził, a ja zostawałam sama i wariowałam, zadręczając się, czy znów mnie nie zdradza i co tamta miała takiego, że była lepsza ode mnie. On oczywiście nie zerwał romansu i w końcu postanowił ode mnie odejść. Po długiej terapii dziś już widzę, w jakim żyłam piekle i ile ucierpiałam przez te 12 lat małżeństwa. Może to dobrze, że odszedł, bo ja bym chyba nie potrafiła i zmarnowałabym całe życie. Teraz z trudem odbudowuję swoją pozytywną samoocenę i zaczynam wierzyć, że może w końcu spotkam na swej drodze kogoś dobrego, kto nie będzie mnie krzywdził.

Ewa: Był taki tajemniczy i pociągająco niebezpieczny

Piotra poznałam na imprezie sylwestrowej u koleżanki. Był taki niedostępny, dziewczyny kręciły się wokół niego, ale to mnie udało się przyciągnąć jego uwagę. Może nie całkowitą, bo ciągle odpisywał na jakieś SMS-y. Starałam się być elokwentna i interesująca, żeby go zadowolić, żeby się nie nudził w moim towarzystwie. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że on też powinien zrobić cokolwiek, abym miło spędziła z nim czas. Ale przepełniał mnie niepokój, czy wystarczająco mu się podobam, czy zechce jeszcze ze mną rozmawiać, spotkać się. Każde wypowiedziane do mnie słowo chłonęłam jak objawienie. Czułam się wyróżniona, że ktoś tak przystojny, nieprzystępny, adorowany przez kobiety wybiera właśnie mnie. Biło od niego jakimś chłodem, niepokojącą wyniosłością i to mnie bardzo pociągało. Dopięłam swego: zaczęliśmy się spotykać, choć właściwie teraz sobie uświadamiam, że ten związek był dla mnie od początku pasmem upokorzeń. Czemu się na to wszystko zgadzałam? Byłam w stanie ubierać się tak, jak on sobie życzył, targać za nim siatki z zakupami, znosić opowieści o innych kobietach. On ze mną zrywał, a ja błagałam go, żebyśmy jeszcze spróbowali. Byłam gotowa go przepraszać, obiecywać, że się zmienię, byle tylko mnie nie odtrącał. Kiedy w końcu wymęczona odpuszczałam, on po paru miesiącach znów się pojawiał – kochający i miły. Zabawa zaczynała się od nowa. Zadręczałam się, co takiego jest we mnie, że Piotr mnie nie chce. I ciągle miałam nadzieję, że on w końcu zrozumie, że nikt nie jest w stanie kochać go tak jak ja. Na innych mężczyzn zupełnie nie zwracałam uwagi. Nudzili mnie. Wydawali mi się tacy bezbarwni. Piotr był nieobliczalny, lubiłam z nim rozmawiać, stale mnie zaskakiwał. Nigdy nie było wiadomo, czego się po nim można spodziewać. Dziś już wiem, że mnie to powoli wykańczało. Podjęłam terapię i zrozumiałam wiele spraw, także to, jaki związek z moim domem rodzinnym miała ta chora fascynacja.

Anna: Urzekła mnie jego słabość

Gdy po raz pierwszy spotkałam Jurka, mojego przyszłego męża, od razu przyciągnęła mnie do niego ta jego melancholia. Pomyślałam sobie, że on musi być bardzo smutny i nieszczęśliwy, że potrzebuje opieki. Wiedziałam, że ma mnóstwo problemów, że sobie nie radzi, a w dodatku sporo pije. Chciałam się nim opiekować. Tak bardzo potrzebowałam kogoś bliskiego, kogo mogłabym uszczęśliwić. Przez 11 lat stale próbowałam wszystkiego, żeby tylko był zadowolony. Zrezygnowałam z siebie, ze swoich znajomych, z własnych zainteresowań. Ale to nic nie dawało, widziałam, że jest nieszczęśliwy, pił coraz więcej. Robiłam obiady i kolacje, wymyślałam różne atrakcje, byle tylko poczuł się lepiej. Jednak on coraz częściej znikał z domu i wracał pijany późną nocą. Kłóciliśmy się: ja robiłam mu wyrzuty, płakałam, on obiecywał poprawę. Ale po paru dniach znowu zaczynał pić. Sprawy domu były wyłącznie na mojej głowie, organizowałam życie jemu i dzieciom, w niczym mi nie pomagał, nawet tego od niego nie oczekiwałam. Liczył się przede wszystkim on, potem dzieci. Dziś mam żal do siebie, że córki musiały na to wszystko patrzeć: jak on się upija, jaki jest nieobecny i niezaangażowany w sprawy rodziny. Chciały, żebym go w końcu zostawiła, ale nie mogłam tego zrobić. Z tego zmartwienia rozchorowałam się i trafiłam na 3 miesiące do szpitala. To był wielki wstrząs – i dla niego, i dla mnie. Mąż od roku nie pije. Moja choroba spowodowała, że postanowił się leczyć. Odbudowujemy swój związek na nowo. Ale ja pytam sama siebie: czy damy radę, czy możemy jeszcze być razem po takim piekle? I próbuję od nowa każdego dnia.

Zdaniem eksperta
Adriana Klos, psycholog i psychoterapeuta, Ośrodek Rozwoju i Psychoterapii „Strefa Zmiany”

Co sprzyja postawie "kochania za bardzo".

Możesz mieć skłonności do wchodzenia w toksyczne związki, jeśli w rodzinie nie dbano o twoje potrzeby emocjonalne; rodzice byli nieprzystępni, więc teraz pociągają cię chłodni, nieczuli partnerzy; często odczuwasz poczucie winy; w dzieciństwie nie doznałaś wsparcia i troski, więc teraz starasz się to komuś zapewnić; boisz się odrzucenia, więc zrobisz wszystko, by związek przetrwał. Nie potrafisz istnieć bez mężczyzny i bez cierpienia; przywykłaś do braku czułości i wzajemności, więc jej nie oczekujesz - sądzisz, że na to nie zasługujesz, ale wciąż starasz się zapracować na ten przywilej; masz niskie poczucie własnej wartości, nie wierzysz w siebie; w związku żyjesz marzeniami, a nie widzisz realnej sytuacji; lubisz być pomocna i opiekować się partnerem, a także brać wszystko na swoje barki.

Uzależnione od toksycznego związku

„Kochanie za bardzo” jest jak uzależnienie – groźne i destrukcyjne dla życia. Uzależnienie od mężczyzny, podobnie jak każdy nałóg, trzeba leczyć. Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie, ze jest się uzależnionym. Drugim ważnym momentem jest uwolnienie się od myśli, że miłość i poświęcenie zmienia partnera, oraz skupienie się na sobie. Trzeba zrozumieć, że mamy wpływ tylko na własne życie i nie zmienimy innych dookoła. Dlatego swoją energię warto przenieść z partnera na samą siebie. Zrezygnować ze swego oddania i realizować własne prawdziwe potrzeby. Nie jesteśmy dwiema połówkami jednego owocu – to szkodliwy mit, niemający nic wspólnego z rzeczywistością. Tak naprawdę jesteśmy dwiema oddzielnymi istotami, które coś innego wnoszą do związku. Jeśli kobieta poświęca się i traci własne ja, jej wnętrze jest puste. Nie ma nic do ofiarowania swemu partnerowi. Nie jest w stanie nikogo prawdziwie kochać, dopóki nie pokocha siebie. Zwykle taka zmiana postaw życiowych i przekonań jest długotrwała i trudno sobie samej z tym problemem poradzić. Warto poszukać pomocy u specjalisty: psychologa, psychoterapeuty czy w grupach wsparcia.

http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/zwiazki/toksyczne-zwiazki-historie-kobiet-ktore-kochaja-za-bardzo_38201.html

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.