„Kobieta? Kobieta powinna być wdzięczna” – usłyszała ostatnio moja znajoma. Dzwoni do mnie i mówi: „No co za porąbniec! Wdzięczna? Wdzięczna za co?” – krzyczała jeszcze oburzona do słuchawki.
Jest po rozwodzie, dwójka dzieci. Z byłym mężem w całkiem dobrych, jeśli nie lepszych relacjach niż przed rozwodem. Bywa tak, że ludzie się lubią, cenią, ale to nie powinno być powodem wspólnego życia. Raczej się nie udaje.
No więc ona, fajna, wykształcona babka w rozmowie z kolegami w służbowej kuchni ciągnęła ich za język pytając: „No jaka powinna być kobieta”.
„Uderz w stół a nożyce się odezwą”, powiedziała znajoma zauważając, że właściwie żaden z komentujących mężczyzn nie odpowiedział na zawarte w tekście pytanie. Oburzali się, wypisywali, ale bez konkretów. Jasne, że każdy oczekiwania może mieć różne, ale żeby w ogóle nic.
I ona stwierdziła: „Trzeba pytać, zobaczysz, dam ci tę listę oczekiwań i napiszesz ucierając nosa tym, którzy nic nie napisali”.
Tym sposobem, jej własne śledztwo, doprowadziło ją do „wdzięczności”.
No więc drogie Panie, są Panowie (żeby nie padł zarzut uogólniania, od którego jestem bardzo daleka), według których powinnyśmy być:

Wdzięczne

Wdzięczne za to, że on nas wybrał, że nas chciał, że docenił nasze wewnętrzne piękno, bo przecież wiadomo, to zewnętrzne będzie się z czasem zmieniać. I uwaga – to usłyszała znajoma – wdzięczna, że z nią jest i jej nie zdradza z inną, choćby przecież by mógł. Słowem – ideał. Nie zdradza, a w zamian oczekuje wdzięczności.
Jasne, można to obśmiać, powiedzieć: no nie popisał się pan tym stwierdzeniem, ale jednak ktoś tak myśli. I tak uważa. Tym samym nas kobiety traktując jako te, które padną z wdzięcznością w ramiona i w oparciu o te wdzięczność będą obiad podsuwać i głowa ich w nocy boleć nie będzie.
Tyle tylko, że wiele kobiet w swoich związkach się zatraca. Nadal traktuje małżeństwo jako miarę swoje kobiecości. Mąż, dzieci, dom, ciepły obiad – tak widzą pełny ideał własnego szczęścia. I świetnie. Oby było nas jak najwięcej. Tyle tylko, że od widzenia szczęścia do jego spełnienia jest długa często droga.
Bo czy mąż jest tożsamy z partnerem? Czy jest wsparciem i daje poczucie bezpieczeństwa? Czy przy nim jesteśmy naprawdę szczęśliwe. Jeśli tak – super. Serce rośnie, gdy widać takie małżeństwa. Może nie ma już między nimi szalonej namiętności, pasji. Ale jest muśnięcie ręki, zrobienie kawy. Takie bycie razem, w którym nikt nie rozlicza, kto jest dla kogo bardziej. Bo nie ma to dla nich znaczenia, są ważni dla siebie nawzajem. To im wystarcza.
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
Nie, nie chcę wieszać psów na mężczyznach. Tak, wiem panowie, was też kobiety ranią. Ale co mam myśleć, kiedy słyszę taką historię:

Miała 22 lata, jak się w nim zakochała

Do szaleństwa. On cztery lata starszy, chciał mieć rodzinę, dom. Weszła w to, bo jej własnym domu zawsze brakowało miłości, a on o tej miłości tak pięknie mówił. Tak bardzo kochał. Szybko urodziła mu dziecko właściwie zostając z nim sama przez cały dzień. On w pracy, na spotkaniach z kumplami. Później drugie dziecko. I teksty w stylu: „Jak ty wyglądasz, zrób coś ze sobą”. Więc robiła, odchudzała się, jemu gotowała najlepiej jak potrafiła. I płakała nad swoją  samotnością. Bo on miał ją już na własność, więc przestał się starać, ale od niej oczekiwał wdzięczności, że jednak przy niej jest….
Odeszła. Do dziś nie wie, skąd wzięła siły. Terapia, depresja…
A ta historia?

20 lat razem. Nie wzięli ślubu…

…bo jakoś nigdy nie mieli potrzeby formalizowania wniosku. Ona powtarzała jego zdanie: „Ale po co, skoro tak na dobrze, kochamy się”. Później już przestano ich pytać, czemu bez ślubu. Właściwie faktycznie, jakie to ma znaczenie. Dla niej jednak by miało. Bo on odszedł do młodszej każąc się jej wyprowadzić z mieszkania po jego rodzicach. Nie zostawiając jej nic. W rozliczeniu dostała starą mikrofalówkę i lodówkę, za którą jeszcze spłacała kredyt. Przed 40-tką została z niczym.  Tak, wiem, ktoś powie: „głupia”. Ale ona kochała. I mu wierzyła. I co? Ma być mu wdzięczna, za te 20 lat? Dziękować, że szybciej jej nie zostawił, że dzieci nie mieli?
Wiecie, kiedy bywamy najbardziej wdzięczne? Kiedy zostajemy same. To chyba wtedy najczęściej słychać: „Wiesz, jestem mu wdzięczna, że odszedł”, „Cieszę się, że mnie zostawił”. Mówione to jest, kiedy mija rozpacz, smutek, kiedy te porzucone stają na nogach i zaczynają zauważać siebie, swoje potrzeby, zaczynają realizować swoje marzenia, które gdzieś za plecami tego jedynego mężczyzny ich życia, się wcześniej chowały.
I nagle, gdy on znika – zmienia się horyzont. Już na jego końcu nie widać tylko potrzeb faceta, który przy nas był, tam zaczynamy dostrzegać siebie.
„Gdyby nie to, że odszedł, gdzie bym teraz była?” – mówi znajoma. I zamyślamy się na nad tą wdzięcznością i nad tym, jak czule powinniśmy kochać, kiedy już ta miłość do nas przychodzi. I nadal zostaję bez odpowiedzi, jaka powinna być kobieta w związku. Czuła? Miła? Wyrozumiała? Tylko czy w zamian dostaniemy to samo? Czy ktoś nam, za naszą miłość będzie wdzięczny?

 http://ohme.pl/zwiazek/za-co-kobieta-jest-wdzieczna-mezczyznie-najczesciej-za-to-ze-ja-zostawil/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.