Czytałam wczoraj o miłości, która towarzyszy staruszkom już kilkadziesiąt lat. A później czytałam o miłości aż po grób – którą przerwała śmierć zbyt szybko.
Czasami myślę sobie: „Po co mi on, może samej, może gdzie indziej byłoby mi lepiej?”. Kto da mi pewność, że on to ten jedyny, na zawsze. Kto mnie zapewni, że za rogiem nie czeka ktoś inny? Ktoś na kogo powinnam wiele lat wcześniej trafić, a może właśnie teraz, by dostrzec tę miłość”.
Nie wiem. A czasami tak bardzo chciałabym mieć pewność. Bez wątpliwości, bez pytań zasypiać i budzić się koło tego samego faceta.
Pewna kobieta, która rozwiodła się kilka lat temu powiedziała mi ostatnio: „A co, jeśli to on, mój były mąż, był miłością mojego życia?!?”. No właśnie. W miłości nie wiemy niczego na 100%. Niczego nie jesteśmy pewni, nawet tego odejścia, które po latach może okazać się pomyłką, a przecież wcale nie musi nią być.
I wkurzam się za brak uniesień, za skarpetki w pokoju, za niezakręconą tubkę po paście do zębów. Wkurzam się za brak telefonu i za brak uważności. Za zasypianie na kanapie i oglądanie durnych (moim zdaniem) programów.
Wkurzam się na wiele rzeczy. Za minę, za ton, za nastrój, za słowa wypowiedziane i te, które nigdy nie padły.
Ale kiedy daję sobie czas, żeby usiąść i przyjrzeć się nam – przez chwilę, ułamek sekundy łapię tę pewność, że tak, że my z jakiegoś nieuchwytnego zupełnie powodu jesteśmy razem.
I mogłaby rzucić się w wir szalonego zakochania, motyli w brzuchu, namiętności i pożądania znanych każdemu początkowi. Ale wybieram to, co znane, co opatrzone, co czasami nazywam nudą i rutyną.
Dlaczego? Bo moje małżeństwo uczy mnie wiele rzeczy, to w nim nieustannie się rozwijam, poznaję siebie, uczę się nas za każdym razem jednak na nowo.
Dlatego nie chcę szukać, nie chcę podsycać wątpliwości, nie chcę analizować tego wszystkiego, czego tu mi brakuje, a co może mogłabym dostać gdzie indziej.

Dlaczego? Bo moje małżeństwo to:

zrozumienie – zrozumienie na to, że dzisiaj nie chce mi się ugotować obiadu, a przedwczoraj zasnęłam zmęczona na kanapie, choć zapewniałam, że pójdziemy na spacer. To zrozumienie, że dla niego są rzeczy ważniejsze niż dla mnie, te do których ja zupełnie nie przykładam wagi, a które on stawia sobie wyżej w swojej hierarchii potrzeb, czy planów.

akceptacja – tego, że nie jesteśmy idealni, że nie jesteśmy tacy, jak sobie wymarzyliśmy. Ile lat oczekiwaliśmy od siebie nawzajem zbyt wiele. Ja chciałam zmienić jego – krzyczałam, porzucałam, odchodziłam, szantażowałam. I on, który nie chciał, bym taka była – z pretensjami, żalami, których nie umiał zrozumieć. Dzisiaj śmiejemy się z tego, ze swoich wad, słabości,

rozmowa – której się uczyliśmy bardzo długo, czasami myślę, że zdecydowanie za długo. Ale udało się… pamiętam, jak oboje płakaliśmy, jak ciężko było nam zacząć, wypowiedzieć te emocje, lęk, wątpliwości. Wtedy wiedziałam, że nam zależy, że chcemy, że nie poddamy się tak łatwo. Dowiedziałam się, że nie możemy zamykać się na siebie, liczyć, że ta druga strona się domyśli, że tak już nas zna, że słowa są zbyteczne. Jak bardzo się myliłam – i ja i on.

bezpieczeństwo – może nie takie, jakbym chciała, może nie w tych obszarach, na których mi zależy. Ale oswoiłam te braki, przestałam się ich bać, dowiedziałam się, że o niektóre rzeczy muszę zadbać sama, bo one dla mnie, nie dla niego są istotne. Ale to nie znaczy, że nie czuję się bezpiecznie. Bo dostaję o wiele więcej – bo mam pewność, że mogę na niego liczyć w każdej sytuacji, że z problemami, kłopotami mnie nie zostawi, że nawet jakbyśmy się rozstali, a ja zadzwonię po północy prosząc o pomoc – zawsze, ZAWSZE będę mogła na nią liczyć. Tak, mam tę pewność.

radość – rozśmiesza mnie do dzisiaj przypominając mi chłopaka, w którym się zakochałam. Uwielbiam, jak w lot łapie żart, jak bez słów, wystarczy spojrzenie – się rozumiemy i wybuchamy śmiechem. Jak śmiejemy się z siebie nawzajem, kiedy już żadne nie czuje się urażone, bo jest świadome swoich ułomności.

wolność – dzisiaj to wiem. Małżeństwo, jeśli jest ograniczeniem to narzucanym przez nas samych. Powtarzamy: „Nie zrobię tego, bo co on zrobi/pomyśli/poczuje” i frustrujemy się, że to związek nas ogranicza nie widząc, że ten związek jest jedynie doskonałą wymówką dla naszej stagnacji, tłumaczeniem zmian, których nie odważamy się podjąć. Moje małżeństwo dzisiaj to wolność, do której oboje musieliśmy dojrzeć. To wolność wyborów, decyzji, podejmowania wyzwań, realizowania celów, spełniania się w swoich pasjach, każdy w swoich, by móc się spotkać, by pozostawać dla siebie interesującym, by zatęsknić za sobą.

miłość – nie wiem, czy to ta jedyna, czy ta największa, czy pierwsza, a może ostatnia. Pewnie do odpowiedzi bliżej mi będzie, gdy pomyślę o moim życiu z perspektywy staruszki. Dzisiaj jestem tutaj. Jestem, bo mi szczęśliwie, choć czasami boleśnie, bo mi wygodnie, choć ta wygoda czasami wkurza, bo mi dobrze, choć czasami chciałabym pocierpieć, przeżyć coś tak mocno, aż do bólu, i żeby poczuć, że jeszcze czuję.

Ale ta moja miłość dzisiaj jest spokojna, mimo burz, które się zrywają od czasu do czasu. Przestałam już płakać, że taka jest. Nie mam już poczucia straty, że coś minęło bezpowrotnie, że nie doświadczam już z nim tak silnych emocji, jak kiedyś, jak może z kimś innym. Bo moja miłość cała jest emocją wypełniającą mnie po brzegi spokojem.
Tak, dlatego jestem tutaj i teraz, i nie chcę nigdzie odejść, nawet, gdy on nie wyśle SMS-a, nie zadzwoni przez cały dzień, zapomni przytulić. Jestem, bo wiem, że kocha i że ja kocham. Jaką miłością? Dzisiaj już jej nie chcę jej definiować, tylko czuć.

http://ohme.pl/zwiazek/dlaczego-nie-odejde-opowiem-ci-o-moim-malzenstwie/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.