Siedziałam ostatnio na herbacie u przyjaciółki. Fukający, niezadowolony mąż, dwoje małych dzieci, ona w panice, bo musi skończyć projekt. Biegała po mieszkaniu jak w ukropie. Starszej córce pomagała rysować szlaczek, młodszej układać klocki, odbierała co chwila telefon, patrzyła na maila.
Poprosiłam: – Czy możesz ze mną pobyć? Tu i teraz? Kiwała głową, ale i tak widziałam, że nie jest ze mną. Znam ją od kilkunastu lat. Zawsze jest mniej więcej na podobnym etapie życia – jest zmęczona, wykorzystywana, wyczerpana. Zawsze też mówi: „To się musi zmienić”. Musi zmienić się wszystko. Ale nic się nie zmienia. Bo ona nic nie robi. Ostatnio nawet do niej powiedziałam: Co się musi stać, żebyś przestała tak żyć? Masz zachorować? Potrzebujesz zdrady, rozwodu, raka? Bo skoro sama nie umiesz…
Na pewno znacie takie osoby. Może same takie jesteście. Całe życie na granicy wycieńczenia. Wiecznie z postanowieniem poprawy. I, oczywiście, zmiany. Zmiany, która jawi się jako cud, łaska pańska, dar, coś co całkowicie nie zależy od nas.

„Jutro o tym pomyślę”
…bywa ratunkiem, ale bywa też straszliwą pułapką, w której przeczekujemy swoje życie.
Znam to doskonale, też funkcjonowałam. Przez lata. Wstałam o piątej, szykowałam dzieciom śniadanie, budziłam męża, rozwoziłam dzieci, jechałam w korkach do pracy, siedziałam tam dziesięć godzin. W korkach wracałam, zgarniałam dzieci od niani, ewentualnie dojeżdżałam do domu, bo odebrał jej mąż. Kolacja, ogarnianie dzieci, laptop. Jak w jakimś straszliwym dniu świstaka.

Myślałam: przecież muszę tak żyć.
Jestem matką, mam obowiązki, praca to musi być etat, potrzebuje ubezpieczenia, stabilizacji, pewności. Ble, ble, ble.  Mijały miesiące, lata, zmieniały się tylko obowiązki, ale rytm zostawał ten sam. I, oczywiście, zawsze mówiłam: „jutro”, zawsze mówiłam; „jeszcze wszystko zmienię”. Ale gdzieś też przecież słyszałam to, co często się nam powtarza ( rodzina, najbliżsi)– nie martw się, nie możesz, inni mają gorzej. Sprowadzisz na siebie nieszczęście, wykraczesz sobie.
Czy ciężką chorobę mamy można sobie wykrakać czy raczej choroby bliskich to naturalny etap życia?
Czy chorobę siostry można sobie wykrakać?
Nie.
Ale to są właśnie momenty, gdy rozumiesz, że nie ma żadnego „zaraz” i „jutro”. Że każdy dzień jest jednak zbyt cenny, by czekać „nie wiadomo na co”.

Ze szpitala od mamy pojechałam do mojej korporacji
Siedem lat życia. Niezłe stanowisko. Ubezpieczenie zdrowotne. Dużo zadań. Siedziałam na zebraniu, omawiałam jakieś spotkania sprzedażowe i pomyślałam: „Nie wierzę, to chyba jakiś żart. Siedzę tu drugą godzinę i pieprzę o głupotach. Co mnie to w ogóle obchodzi…”. Policzyłam dni i godziny. 365 dni, odjąć weekendy ( część zresztą przepracowanych), jakieś urlopy. Wyszła mi zatrważająca liczba. Tyle godzin.
Potem korki i gonitwa. Gdy choruje ci ktoś bliski to tak jak być jednocześnie w starym życiu (twoim), ale już widzieć nowe (dzięki komuś).
Płacząc z powodu mamy konfrontowałam się z uczuciami– jestem przepracowana, zmęczona, jestem niesprawiedliwą szefową, już nawet nie lubię ludzi, z którymi pracuję. Nie potrafię zarazić entuzjazmem. Chcę robić coś innego.
Zaczęłam wracać myślami do marzeń- przecież kiedyś chciałam być terapeutką, marzyłam też, że będę uczyć języków. Głos zły podpowiadał: „hihihihi, i po czterdziestce będziesz wszystko zmieniać”.
Odpowiedziałam sobie: tak, bo do cholery, kiedy. Najpierw zapisałam się na studia psychologiczne, potem rozesłałam wici wśród znajomych. Chcę uczyć. To nie było łatwe. Miałam stabilne miejsce w życiu i to ja decydowałam. Jeśli chcesz coś zmienić, musisz przestać decydować. Musisz znów się uczyć, szukać nowych dróg.

Zrezygnowałam z pracy w korporacji
Znosiłam wyrzuty mamy, zdziwienia znajomych, budziłam się i zasypiałam z lękiem czy dam radę, czy to dobry pomysł. Bardzo wspierał mnie mąż– to też był znak. Nie obraził się, nie miał pretensji, choć część obowiązków dodatkowych spadła na niego. Musiał więcej zarabiać, rzadziej wydawać na przyjemności. Gdy w związku zmienia się jedna osoba, siłą rzeczy za zmianą musi podążyć druga– nie wszyscy są na to gotowi.
Najszczęśliwsza byłam, bo przestałam mówić: „zaraz”. Wiedziałam, że ta przemiana dzieje się „tu i teraz”. Byłam dumna. Nawet jeśli pracowałam ciężej– to na siebie i na swój sukces. Nawet jeśli nie miałam na drogi krem– to wiedziałam, że robię to po to, żeby poczuć wewnętrzny spokój, który da mi znacznie więcej niż ten cholerny krem.
Stawałam się silniejsza w różnych dziedzinach życia.
Dziś zarabiam jako lektorka języków, mam też swoich pacjentów, bo skończyłam podyplomową psychologię, wciąż się uczę.
W niedzielę leżałam na swojej działce na trawie i myślałam. Nie szkodzi, że zbliżam się do pięćdziesiątki. Jest dokładnie jak bym chciała. Jestem dokładnie w tym punkcie życia, w którym chcę być.

Obudźcie się, zanim będzie za późno. Słowo: „szkoda czasu” nie jest frazesem
Rozumiemy to tylko w skrajnych sytuacjach, w kilku momentach na przestrzeni lat. Ale lepiej wziąć sprawy w swoje ręce wcześniej, a nie dobić do ściany. I walić w nią głową i mówić; „ja pier…, nie zrobię kroku dalej”.
Nawet jeśli zmiana jest trudna i się jej boimy.

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.