Elżbieta, żona

– Nie wiem kogo mi szkoda bardziej. Siebie, tych kolejnych, zadurzonych panienek, czy jego samego właśnie. On mnie zdradza tyle lat, obraża, poniża tym, co robi, oszukuje, a ja go jeszcze żałuję. Żal mi go, bo to chyba ciężko tak żyć w takim zagmatwaniu, gdy jest się osaczonym przez własną nielojalność. A może to choroba? Gdy wzięliśmy ślub myślałam, że złapałam za nogi samego Boga. Bo on taki szarmancki, mądry, zaradny. No i do granic możliwości przystojny. Gdy szłam z nim ulicą, gdy wchodziliśmy do kawiarni, to widziałam ich spojrzenia. Te pełne zazdrości, wręcz zawiści oczy innych kobiet, które też chciałyby go mieć. I słowa mojej mamy i przyjaciółki, że to czasem zgubny powód do radości, taki facet jak mój mąż. A on był tylko koneserem kobiecej urody. Mówił o nas, że jesteśmy cudem tej ziemi. Nigdy mnie to nie ukłuło, że nie powiedział tak tylko o mnie, o tej najważniejszej. Tej, która powinna być jedyna. Tej z płomiennych romansów o idealnej miłości, gdzie on nie zauważa świata poza nią. Nie widzi nikogo, ani niczego innego. Przecież sama to rozumiałam od samego początku, że on owszem będzie mój, ale nie tylko mój. I godziłam się na to, z głupiej miłości, która nie ocenia, nie żąda, nie oczekuje zbyt wiele, bo tylko wtedy jest prawdziwa. I znosiłam przez wszystkie lata te jego wyjazdy służbowe o blond włosach, te wszystkie interesy za granicą, które miały młode, piękne ciała, wszystkie niepowroty do domu o innym imieniu niż moje. Wiedziałam, że przecież to do mnie i tak wróci, żebyśmy znowu na jakiś czas mogli być mężem i żoną. Że widocznie z tych wszystkich ważnych, to ja jestem najważniejsza. Teraz też patrzę, jak się miota. Jak usiłuje uśpić moją uwagę prezentami i kwiatkami. Jak nie potrafi mi patrzeć długo w oczy przy obiedzie. Jak specjalnie siada na końcu naszego ogromnego stołu, żeby ukryć zażenowanie. Bo pewnie podświadomie wie, że ja też już wiem. Że znowu przyszedł czas, który będę dzielić z tą drugą, kolejną, której pewnie obiecuje, że ode mnie odejdzie. Kolejnej ślepo zakochanej i wierzącej w każde jego słowo i gest. To od niej znowu nie będzie wracał długimi godzinami, czasem dniami. Ją będzie tulił w ramionach, podczas gdy ja gryząc poduszkę, z trudem będę usiłowała przeczekać. Wiedząc, że obudzi się rano w cudzej pościeli i jej powie, że kocha. To nic, że znowu skłamie, że wie ile to potrwa, i że niedługo. Najważniejsze, że wróci, że formalnie i przed Bogiem jest tylko mój.  Bo miłość przecież cierpliwa jest, nie zazdrości, nie unosi pychą. I wszystko zniesie. Nawet zapach obcej kobiety na ciele ukochanego mężczyzny.

Sonia, kochanka

– Ja wiem, że tak nie powinnam, że rujnuję czyjś dom. Że tam w tym domu jest kobieta, której ślubował, dał swoje nazwisko, z którą przeżył tyle lat. Wiem, że ona cierpi, że jej łzy zostawiają na zmęczonej twarzy trwały ślad. I bruzdy na sercu, które będą bolały do końca życia. Ja to wszystko wiem od swoich rodziców, którzy krzyczą, że to wstyd, że on tyle starszy, że oszust. Od siostry, która stuka się w głowę i płacze nad moją rzekomą naiwnością. I powtarza jak mantrę, że jestem gorzej niż głupia, bo za chwilę mnie wymieni na kolejną.  Ale wiem też, że jest inaczej, że on kocha tylko mnie. Bo gdyby tak nie było, gdyby się nie dusił z nią, nie szukałby mnie. Rozwiodą się, bo chcemy już zamieszkać razem i  tak będzie lepiej. Dla nas wszystkich, bo po co się ranić kolejne kilka lat? Ona na pewno czuje, że on już tam praktycznie nie bywa, że ucieka, że nie chce wracać. Ona już na pewno wie, że koniec jest coraz bliżej, że on też zasługuje na nowy początek, że nie ma sensu dalej ciągnąć tego, co po prostu nie wyszło. Ona też jest pewnie jeszcze piękna, jeszcze może być dla kogoś innego. Bo on jest, tylko dla mnie. Przecież mówi mi o tym codziennie, zapewnia obietnicami, coraz częściej przy mnie zasypia. Czasem tak bywa, że ludzie się rozstają, bo przestają czuć to co wcześniej lub odkrywają, że się zwyczajnie pomylili. Opowiadał mi setki razy, że od początku było nie tak, że jej rodzina naciskała, że wesele jest koszmarnym wspomnieniem. Ona też jest już pewnie tym zmęczona, też już pewnie dawno kogoś ma. Więc po co się zadręczać, po co się szarpać dłużej. Wierzę mu, bo na miłość nie ma rady, lekarstwa. To nie choroba, którą się da czy w ogóle trzeba leczyć! To stan, to fala uczuć, która zalewa od środka i zmusza najpiękniejszymi gestami, do tego, żeby się jej poddać. I płynąć. On tyle razy mi powtarzał, że mnie odnalazł, że czekał, że czuł kogoś takiego jak ja. I wierzył z całych sił, że los nie pozwoli nam się nie spotkać. Więc jak to teraz zaprzepaścić? Zmarnować gotową szansę na absolutne szczęście. Ja się nie boję, bezgranicznie mu wierzę, zaglądam w jego zakochane we mnie oczy. Czytam w nich jak w otwartej książce, linijka po linijce. O tym jak się mną zachwyca, jak karmi moim pięknem, jak marzy o nas za kilka i kilkanaście lat. Zestarzejemy się razem, co z tego, że on dużo wcześniej. Będę się nim opiekować, zajmować, pomagać. Bo miłość przecież to nie tylko dobre dni, pełne słońca. To nie tylko noce, spadających gwiazd. Miłość to poświęcenie, zrozumienie, wspólne cierpienie. Pielęgnowanie siebie nawzajem. Nie dał tego jej, bo jego uczucia kilkanaście lat temu pomyliły adres i tak już zostały. Na siłę i niepotrzebnie. Dobrze, że teraz trafiły pod właściwe drzwi. Ona też to kiedyś zrozumie, gdy już będzie szczęśliwa z kim innym. Tak prawdziwie szczęśliwa, jak my teraz i już zawsze.

Andrzej, mąż i kochanek

– Jestem w środku jak przepołowiony na pół. Rozdarty i źle posklejany, może też dlatego to wszystko się dzieje. To, że nie potrafię żyć tylko z nią, Elżbietą, moją żoną. Nie potrafię też być bez niej, nie wracać ostatecznie do naszej sypialni, domu, małżeństwa. Krzywdzę ją w jeden z najgorszych dla kobiety sposobów, a jednocześnie kocham do zatracenia i przez tę miłość właśnie nie pozwalam zaznać jej spokoju. A ona zasługuje na wszystko i nie zasługuje na draństwo, jakie ją spotkało blisko 20 lat temu. W ciemnym garniturze, o nienagnanych manierach, bystrych oczach. Dostrzegłem ją w tłumie na deptaku, z daleka czułem zapach nieskazitelnej skóry, zagubiłem w głębi brązu jej oczu. I głosie, tak łagodnym, spójnym, tak bezpiecznym, jak dom, który jej później kupiłem. Jej, bo przecież nie nam skoro bywałem tam tylko, ciągle od kogoś do niego wracałem.  Odchodzę od niej każdej nocy i każdego dnia, uciekam w objęcia kolejnej innej, bo nie mogę znieść spojrzenia sarny, wystraszonej i zranionej. Złapanej w moje wnyki, trzymanej na uwięzi rozkochania, jakie jej zaserwowałem. Ja zapętlony w spirale zdrad, gdzie pierwsze oszustwo urodziło kolejne, mnożyło przez lata okrutny proceder. Matnie, z której nie potrafię się wyrwać. Między jeszcze gorącym łóżkiem z nią – Sonią, a chłodnym porankiem przy za dużym stole z żoną. Ja, który bezkarnie wypełniam złudzeniami kolejną zdobycz, po to by zagłuszyć krzyk sumienia, potworny dźwięk w mojej głowie, nie dający żyć galop myśli. O tym kim jestem, kim się stałem przez te wszystkie lata, jak bardzo złamałem tę dla mnie wciąż i zawsze najważniejszą. I jak bardzo zawiodłem, te które są zastępstwem, przykrywką, każdą pilną sprawą zawodową i telefonem z firmy, w środku nocy. A może ja jestem chory? Bo tylko chory człowiek, potrafi kochać i niszczyć jednocześnie. Tylko chory, potrafi dwóm kobietom jednocześnie mówić o miłości, zapewniać o szczęściu, i kłamać w oczy, bez mrugnięcia powieką. Tylko skrajnie obłąkany, pozwala cierpieć kobiecie, która tyle lat cały czas, otwiera przed nim drzwi ich wspólnej sypiali. Drzwi do ich domu i do swojego serca. Serca, które zszargałem, postrzępiłem, obdarłem ze złudzeń. Kiedyś zostanę sam, a wtedy umrę. Umrę kiedy ona nie otworzy ten kolejny raz. A jeszcze przecież życia we mnie tyle, jeszcze możemy wszystko posklejać, zamalować pęknięcia na duszy wspólną resztą dni. Zostawię Sonię, nie będę już szukał kolejnych przystanków, nie wsiądę więcej w pociąg donikąd. Ostatni raz jak zbity pies wrócę do mojej dziewczyny spotkanej tyle lat temu przy nadmorskim deptaku. Bo miłość cierpliwa jest i łaskawa, wybacza i zapomina.

Sonia, już nie kochanka: – Po prostu zadzwonił. Powiedział, że przeprasza. Przegrałam z żoną, z moimi rodzicami, z tryumfującą siostrą. Z samą sobą też, bo wierzyłam w tę miłość jak dziecko, w to, że spadająca gwiazda ma moc spełniania marzeń.

Elżbieta, już nie żona: – Przestałam czekać, zmęczyłam się. Nie zabrałam nic, bo ktoś mi powiedział, że zaczynając od nowa trzeba zostawić wszystkie pamiątki. Wszystkie przedmioty, które przypominają o tym, o czym chce się nareszcie zapomnieć.

Andrzej, już nie mąż: – Zamknąłem wszystkie drzwi. Sam je zamknąłem ostatnim telefonem do kochanki. I te najważniejsze – od domu zatrzasnęłam bezpowrotnie. Bo miłość cierpliwa jest, wybacza, rozumie, o nic nie pyta. Ale tylko wtedy, gdy czuje, że nadal jest.


Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.