Dorośli ludzie nie upierają się jak krnąbrne przedszkolaki przy swojej racji. Dorośli potrafią rozmawiać, przedstawiać własne i przyjmować cudze argumenty. Z takiej właśnie twórczej dyskusji rodzą się potem kompromisy, przedstawiane jako idealne wyjście z impasu. Idealne, bo dojrzałe, demokratyczne i bez agresji. Dlaczego więc tak często określa się je mianem „zgniłych”?
Jak wynika z definicji, kompromis to optymalne rozwiązanie konfliktu prowadzące do tego, że wszystkie negocjujące ze sobą strony są zadowolone. Ale każdy praktyk wie, co i gdzie może sobie z teorią zrobić. Realne kompromisy niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego z udaną współpracą. Tak, nie odchodzi się z kwitkiem, czy jednak na pewno można mówić o sukcesie, skoro część oczekiwań została pogrzebana?

Złoty środek

Nie ma się co czarować, ludzie tak bardzo różnią się między sobą, że nie ma szans na pełną jednomyślność we wszystkich sprawach, czy to w miłości, czy to w pracy, biznesie albo polityce. Kompromis to stały element funkcjonowania współczesnych społeczeństw, oznaka tego, że umiemy rozwiązywać konflikty inaczej, niż za pomocą maczety lub moździerza. Rozmawiamy. Pochylamy się z troską nad jakimś problemem i szukamy dobrych alternatyw. No ideał. Prawie.
Kompromis jest dość trudny do zdefiniowania, bo pod to pojęcie podpina się nagminnie wszelkie porozumienia. A to nie do końca prawda. Kompromis jest zawsze pójściem na ustępstwo. Z czegoś trzeba w imię tego kompromisu zrezygnować, kwestia tylko, jak wiele się na tym rozwiązaniu traci i co przychodzi w zamian. Innymi słowy, zagryzamy zęby w imię wyższego dobra. W efekcie jednak nikt nie realizuje swoich planów w stu procentach, co z czasem może rodzić frustrację, dlatego trzeba się starać o to, by ustępstwa okazały się jak najmniej dotkliwe, a cel, któremu to zostało podporządkowane, był wart zachodu.
Generalnie kompromis nie jawi się jako coś szczególnie pożądanego, bo przecież nikt nie lubi, gdy sprawy nie układają się po jego myśli. Mając jednak na uwadze, że życie to nie bajka i są rzeczy ważne i ważniejsze, godzimy się na te kompromisy. Na początku doznajemy ulgi, że już po kłopocie, sprawiedliwości stało się zadość i nikt nie doznał krzywdy. Ale czas mija i pojawia się refleksja – czy było warto? W wielu przypadkach tak, bo ryzyko, że bez kompromisu wszystko by się posypało jak domek z kart, było wielkie. Jak bez kompromisów prowadzić politykę? Zawierać poważne umowy handlowe? Utrzymać cały ten cywilizowany ład? Lecz są i tacy, którym te wspaniałe kompromisy odbijają się czkawką.

Słabość czy mądrość?

Niechęć do kompromisów bierze się zazwyczaj z tego, że traktuje się je jako porażkę, wszak the winner takes it all.  Tu niby nie poległo się z kretesem, a i tak nie osiągnęło się wymarzonego celu. Takie w sumie nie wiadomo co, ale na pewno nie powrót z tarczą. Znamienne jest, że o kompromisie mówi się „dobry” wtedy, gdy towarzyszy mu przeświadczenie: to mi udało się zyskać więcej! Czyli jednak chociaż ta namiastka zwycięstwa musi być, o tak, wtedy można chwalić własny rozsądek i chełpić się dojrzałością. Gorzej, gdy czujemy, że to druga strona jest bardziej na plusie. Po kilku takich kompromisowych porażkach całkowicie zanika dobra wola do współpracy, bo to przecież bez sensu, ja się ciągle poświęcam. Co to za frajda uchodzić za słabeusza, którego tak sprytnie da się wykorzystać, mydląc oczy jakąś fałszywą ugodą? Koniec z tym.
Nie każdy więc uważa kompromis za przejaw dorosłości. Gardzą nimi najczęściej ludzie młodzi, porwani przez wielką ideę – nie wolno jej zdradzić za żadną cenę. Oraz radykałowie wszelkiej maści, dla których rozwiązania pośrednie to klęska, splugawienie ideałów i zasad, kumanie się z parszywymi wrogami. Na kompromisy godzą się sprzedawczyki, prawdziwy bojownik o prawdę nie cofa się choćby o krok. Ugoda to poddaństwo, i to przed kim? Tym gorszym, którym się gardzi, no co za sromota! Kompromis to uginanie karku, tyle, żaden tam przejaw życiowej mądrości. Brzmi to trochę śmiesznie, lecz wystarczy mocniej wgryźć się w temat i wychodzi, że kurczę, z tymi kompromisami rzeczywiście czasami jest coś nie halo.

Mniejsze zło?

Odrzucanie wszelkich kompromisów dla zasady, bez żadnego zastanowienia, to domena ludzi głuchych na najbardziej nawet racjonalne argumenty, takich trochę twardogłowych. Kompromis to dojrzała odpowiedź na codzienne bolączki, rozsądny sposób na pogodzenie dwóch sprzecznych interesów, rozwiązanie pasujące obu stronom. Bez wojny, bez manifestacji sił, bez upokarzania przeciwnika. Wilk syty, owca cała. Czyżby?
Kompromis z założenia oznacza pewnego rodzaju poświęcenie, a poświęcając się, musimy mieć bardzo ważny powód, by tego kroku nie żałować. To zaś nie zawsze się udaje, pozornie dobra ugoda nie jest ani sprawiedliwa, ani satysfakcjonująca dla nikogo. Prosty przykład: jedziemy na wycieczkę, robię kawę dla dwóch osób. Jest tylko jeden termos, a ja słodzę dwie łyżeczki, zaś kolega pije bez cukru. Więc idę na kompromis – daję jedną łyżeczkę cukru. W pół drogi, by zadowolić i siebie, i kolegę, by nikt nie czuł się pokrzywdzony. I co, świetne rozwiązanie? Jest kawa, ale nikt jakoś pić jej nie chce. Kawa to błahostka, łatwo sobie wyobrazić rozczarowanie, gdy nieudany kompromis dotyczy sprawy ważkiej. Idealnym przykładem jest polska ustawa antyaborcyjna, przedstawiana jako świetny kompromis godzący zwaśnionych przeciwników, podczas gdy w rzeczywistości dla jednych jest ona zbyt surowa, a dla drugich zbyt liberalna. Jest więc kompromis, ale mało kto się z niego cieszy. Gdyby faktycznie był taki dobry, nikt nie chciałby go ruszać, prawda?
To jeden z najpoważniejszych dylematów – jak wypracować kompromis, który świetnie będzie wyglądał nie tylko na papierze? Jak widać, nawet stosowanie zasady „sprawiedliwie po pół” niekoniecznie się sprawdza, bo te połówki to w sumie tak, jakby nie było nic. Dlatego kompromisy tak często nie zdają egzaminu, jeśli obie strony podążają w kompletnie przeciwnych kierunkach. Im więcej punktów zbieżnych, tym łatwiej o prawdziwe porozumienie, bo nawet gdy pojawią się rozbieżności w myśleniu, to nie są to na tyle poważne różnice, by warto było kruszyć o nie kopie.

Kompromis dla silniejszych

Z kompromisem jest jeszcze ten problem, że czasami to tylko pozory ugody, w rzeczywistości zwycięzca zgarnia całą pulę, a na pocieszenie daje adwersarzowi jakieś drobniaki, żeby nie było, że ma być po mojemu. Kompromisy najzwyczajniej w świecie wykorzystuje się do manipulacji. Zobacz, niczego ci nie narzucam, słucham twoich racji, dochodzimy wspólnie do jednego rozwiązania. I potężny argument na czas kłótni: no przecież razem to uzgodniliśmy! Łamiesz nasze ustalenia! Nie umiesz iść na kompromis! To twoja wina, że się nie układa! Dopiero gdy się dokładnie człowiek przyjrzy, to wychodzi, że ta zachęta do kompromisu to nic innego, jak zarzucanie przynęty. Można mieć wrażenie współudziału w opracowywaniu strategii na przyszłość, ale na dobrą sprawę z tego planu korzysta wyłącznie ten silniejszy, narzucający swoje zdanie pod płaszczykiem ugody. Nie oznajmił autorytarnie, że będzie tak i tak? No nie, ale co z tego, skoro te rzekome ustępstwa ze strony silniejszego to żadne ustępstwa, za to korzyści… niemal wyłącznie idą na jego konto. Sprytne.
Dojście do prawdy jest tym trudniejsze, że ciężko zmierzyć i zważyć potencjalne zyski i straty. Na tym polu nie decydują jedynie twarde argumenty, ale i subiektywne emocje, więc ktoś może mieć poczucie krzywdy, ale drugi odpowie, że widzi to zupełnie inaczej. Gdyby dało się to przeprowadzić uczciwie, na zasadzie handlowej: raz ty mnie, raz ja tobie, po równo. Harmonijnie. Tymczasem za kompromisy bierze się coraz to większe ofiary. Weźmy związki. Tak nam na partnerze zależy, no trzeba złożyć na ołtarzu miłości część egoistycznych upodobań. Może to trochę doskwiera, ale na tym polega dojrzałość, to jest cena wielkich uczuć. I ani się obejrzysz, a w imię miłości diametralnie zmienisz fryzurę, zrezygnujesz z ulubionego hobby, porzucisz wieczorne pogaduchy z koleżankami i „pokochasz” łowienie ryb. Staniesz się inną osobą, bo tego wymagają przecież kompromisy w związku, bez nich jesteś uparta jak koza, wredna i roszczeniowa. Na usprawiedliwienie dodasz – on też zrezygnował z wielu rzeczy dla mnie. I tylko dziwnym trafem owa piękna, oparta na kompromisach miłość nie wywołuje motyli w brzuchu, ale staje ością w gardle.

Spór o wartości

Życie pokazuje, że kompromisy nie mają racji bytu, gdy idzie o kwestie fundamentalne. To na tym obszarze ugoda zwykle ma znamiona zdrady, jest moralnie wątpliwa, jej zasadność jest krytykowana czy wręcz potępiana. Dogadywać to się można co do koloru ścian w mieszkaniu, ale gdy w grę wchodzą prawdziwe wartości, nie ma miejsca na półśrodki.
Załóżmy, że para ma dziecko. Ona jest ateistką, on praktykującym katolikiem. On, co zrozumiałe, chce dziecko ochrzcić, obchodzić święta, przekazywać religijne wartości. Ona naturalnie chce, by dziecko było wolne od religijnych ograniczeń i niezrozumiałych zabobonów. Jak znaleźć w takiej sytuacji mądry kompromis? Jak pogodzić przekonania rodziców, którzy w takim samym stopniu mają prawo do wychowywania swojego potomstwa? Dziecko dorośnie to samo wybierze. Tak, brzmi rozsądnie, ale zanim to się stanie, minie kilkanaście lat. I czy przez ten czas rodzina ma udawać, że religii nie ma, by dziecka nie indoktrynować, jak chce mama? Czy, jak pragnie tata, pokazywać mu od początku, jak wygląda życie po katolicku, by samo potem zdecydowało, że chce/nie chce iść tą drogą? Tak sprzeczne postawy, i jednocześnie tak ważne dla tożsamości rodziców, niezwykle ciężko pogodzić, by przedstawić dziecku neutralne rozwiązanie. To chyba nawet niemożliwe.
A to właśnie takie punkty zapalne zmuszają do kompromisów. Dla obojga coś jest niezwykle ważne, ustąpić nie ma jak, trzeba za wszelką cenę się porozumieć. Sęk w tym, że wypracowane w bólach wspólne stanowisko nie ma przełożenia na rzeczywistość, bo wskutek tych działań każdy musiał wyrzec się istotnej części siebie. To już nie częściowa rezygnacja z niewinnych pragnień, to niemal zaprzeczenie własnemu „ja”, bo skoro odchodzi się od wyznawanego światopoglądu wbrew sobie, trudno pozbyć się przygniatających wyrzutów sumienia. Nie da się po prostu pójść na kompromis w sprawie zasad moralnych, podstawowych wartości, wiary. Tu zawsze będzie ta zadra, że poświęciło się coś zbyt cennego, dlatego prędzej czy później temat wróci na wokandę i wyjdzie, jak krucha w gruncie rzeczy była ta osiągnięta z mozołem równowaga.

Rozmawiamy tylko na niby

Kompromis przedstawiany jest jako sztuka negocjacji. Jest dyskusja, a nie walka. Tyle że poszukiwania kompromisu w dużym stopniu przypominają działania wojenne. W dalszym ciągu jest bitwa, przeciąganie liny i próba sił. Bój nie na miecze, lecz słowa, za którymi nierzadko kryją się doskonale zawoalowane groźby, próby szantażu, gra na emocjach. Niewiele to ma wspólnego z rzeczową rozmową i próbą dojścia do konsensusu. Często podczas negocjacji nikomu tak naprawdę nie chodzi o dojście do konstruktywnych wniosków i to odróżnia kompromis od współpracy. W tym drugim przypadku, rozmówcy, początkowo źli, mówią o swoich bolączkach i mają szczerą nadzieję dojść do zgody, bez krzywdzenia siebie nawzajem. Przedstawiają swoje racje, szczerze i bez ogródek, dzięki czemu nagle może się okazać, że te wzajemne życzenia da się spełnić bez szkody dla siebie. Przy szukaniu kompromisu przeciwnie, mało kto mówi, o co faktycznie mu chodzi, a i druga strona niespecjalnie się tym interesuje. Jest więcej egoizmu.
W konsekwencji wzajemna wrogość jest tylko pozornie zażegnana. Ona ciągle się tli i jedynie strach przed zupełną przegraną zmusza do negocjacji, by zachować resztki twarzy. Stąd bierze się niechęć do wejścia w skórę drugiej osoby i spojrzenia na problem z jej perspektywy. I dlatego też rzadko dochodzi się do prawdziwych przyczyn konfliktu, a przez to nie można go skutecznie zażegnać. Współpracując, kierujemy się dobrymi pobudkami, dobro partnera leży nam na sercu. Natomiast kompromis to bardziej zło konieczne, a wiadomo, jak to z działaniem pod przymusem bywa. Wilk ciągle na głodzie, a z owieczki prawie że zdarto skórę.

To nie recepta na sukces

Bezkompromisowość cenniejsza? Bynajmniej. Dla wielu ludzi to ogromna zaleta, ale na dłuższą metę postawa tego typu mocno utrudnia życie we wspólnocie. Dopóki bezkompromisowość ogranicza się do kluczowych wartości, można to zrozumieć, ale gdy ktoś upiera się przy swoim dla zasady, bo widzi siebie w roli najmądrzejszego, najwspanialszego wodza o jedynych słusznych poglądach, robi się niefajnie.
Bez wątpienia, współpraca jest ciekawszą alternatywą, ale nie zawsze można na nią liczyć, zwłaszcza gdy do pogodzenia są bardzo rozbieżne interesy. Wtedy zostaje wyłącznie kompromis, który mimo swoich wad i tak będzie lepszy od krwawej wojny na wyniszczenie wroga. Kompromisy nie są złe same w sobie, czasami są po prostu niezbędne, rzecz w tym, jak często trzeba je zawierać i jaki ostatecznie jest bilans zysków i strat. Bo jeśli kończy się tym, że bez nich ani rusz, trzeba zaprzedać całą siebie i wszystko, w co się wierzy, to nie są żadne kompromisy. To stan patologiczny.

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.