Koleżanka singielka opowiadała mi o tym, jak ciężko jest jej być samej. Kiwałam potakująco głową, powiedziałam, że rozumiem i wiem, jak jej ciężko. Spojrzała na mnie zdumiona i lekko zdenerwowana „nie gadaj tak, bo nie rozumiesz. Przecież masz dziecko, masz Jacka”. No tak, mam swojego syna i męża Jacka też mam. Ale czy mam go na pewno?

Słyszałam kiedyś, że nie ma nic bardziej dręczącego duszę człowieka od samotności. No więc ten, kto to powiedział był w błędzie – jest coś o wiele gorszego, bardziej duszącego i bolesnego. To samotność w związku. Niby kogoś „masz”, tworzycie parę, może nawet w świetle prawa traktuje się was jako jedność, ale tak naprawdę wasz związek to fikcja, ułuda, niespełnione marzenie. I nikt nie będzie ci współczuł, nikt nie poklepie po ramieniu, nie otrze łez, nie wysłucha w skupieniu – przecież masz męża, o samotności nie możesz mówić, nie możesz się na nią skarżyć, niewdzięczna ty. Gdyby wiedzieli…

Gdyby wiedzieli, że podpisanie papierka w urzędzie stanu cywilnego lub kościelnej zakrystii niczego nie gwarantuje – ani szczęścia, ani radości, ani nawet życia razem. To nie jest recepta na wyrwanie się z samotności i przejście do krainy mlekiem i miodem płynącej. Czasami o tym, że już nie jesteś sama przypomina ci jedynie obrączka na serdecznym palcu i ślubne zdjęcie stojące na komodzie, rysy twarzy dziecka tak podobne do tego, któremu przysięgałaś miłość, wierność i uczciwość do grobowej deski. A więc jednak jesteś mężu, nie wyśniłam sobie tych wspólnych lat, nie przewidziałam się mijając cię w salonie. Mamy siebie nawzajem – przynajmniej oficjalnie.

Gdyby wiedzieli, że najczęściej mijacie się rano w kuchni i wieczorami w łazience, przekazujecie sobie szybkie informacje na bieżące tematy, plany dotyczące dziecka (bo o tych waszych już od dawna nie rozmawiacie), co bardziej interesujące plotki i wieści z życia rodzinnego i towarzyskiego. A czasami nawet i tego minięcia brakuje, bo on wyjechał w delegację albo musiał wyjść wcześniej i został po nim tylko zapach zaparzonej kawy i woń perfum w korytarzu – znak tego, że twoja samotność ma swojego wspólnika.

Gdyby wiedzieli, że za każdym razem gdy słyszysz „mąż na pewno przekazywał”, „Jacek pewnie ci opowiadał”, „pewnie już o tym z Jackiem rozmawiałaś” uśmiechasz się głupkowato, zaciskasz zęby i odgrywasz swoja rolę żony. A w środku na przemian – palisz się ze wstydu i gasisz ten ogień łzami rozpaczy. Bo nie wiesz, nie przekazywał, nie opowiedział. Bo często nie rozmawiacie ze sobą nawet wtedy, gdy siedzicie obok siebie. A może wyczerpał się już wasz limit tematów, wygadaliście przysługującą wam liczbę słów?

Gdyby wiedzieli, że nawet wspólne popołudnia tak naprawdę wspólnymi nie są. Bo telefon zadzwoni, bo humoru brak, bo zmęczenie, rozdrażnienie, fajny program w telewizji albo interesujący artykuł. Bo znajomi wpadli na kolację, trening na siłowni wypada, syn znowu potrzebuje pomocy w zadaniu domowym, z psem trzeba wyjść koniecznie. Nie spędzacie czasu razem, a raczej obok siebie. Równie dobrze można by zastąpić partnera manekinem, plakatem 3D albo kukłą wystruganą z kawałka drewna. Kto wie, może nawet ona dawałaby więcej ciepła.

Gdyby wiedzieli, że seks w waszej sypialni jedynie się zdarza, bywa czasem i nic w nim romantycznego już nie zostało – to jedynie akt cielesny, spełnienie małżeńskiej powinności. Nie ma róż rozsypanych na poduszce, słodkich słówek, czułych gestów, wyznań i gry wstępnej – jest pośpiech, niecierpliwość i frustracja, bo to co dawać powinno satysfakcję dołuje i potęguje wrażenie, że coś uciekło, coś się zgubiło bezpowrotnie. I z jednej strony masz nadzieję, że wrócą stare uczucia, że w tych ruchach, dotyku, muśnięciach odnajdziesz przeszłość, a z drugiej myślisz „no dalej, kończ, muszę na maila odpisać, pranie wywiesić, dokończyć rozdział książki”.

Gdyby wiedzieli, że czasem wolałabym być zdradzaną żoną, że chciałabyś awantury karczemnej, zazdrości, błagania o wybaczenie i prośby o drugą szansę. To przynajmniej są jakieś uczucia, oznaki emocji, wyraz chęci dalszego trwania razem, prób tworzenia wspólnej rzeczywistości. Obojętność jest najgorsza, bo nie wiesz, co w sercu i głowie tej drugiej osoby siedzi, zaczynasz wyobrażać sobie, że to twoja wina, że może za mało z siebie dajesz, że powinnaś bardziej, inaczej jakoś. Ale co bardziej i co inaczej, tego nie wiesz, bo on ci nie powie – z jego strony jedynie chłód, spokój i cisza.
Gdyby wiedzieli… ale nie wiedzą. A ty im tego nie powiesz, bo nie umiałabyś się przyznać do tego, że twoje małżeństwo to wydmuszka, wasze prywatne piekiełko samotności, a jedyne, co was w nim trzyma to kredyt hipoteczny, dziecko i piękne wspomnienia. Nawet przed samą sobą nie chcesz powiedzieć głośno, że to koniec, że trzeba coś zmienić, że tak dalej być nie może. I trwasz pomimo wszystko, solo tak, choć na pozór w duecie. Tak samotnie razem.

Wysłuchała: Agnieszka Dyniakowska

 http://ohme.pl/zwiazek/nasze-male-piekielko-samotnosci-czasem-twoja-samotnosc-ma-swojego-wspolnika/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.