„O roli kina napisano już wiele. Jeśli traktujemy kino jako sztukę, musimy brać pod uwagę, że nie wszystko jest autentyczne, rzeczywiste i dosłowne. Sztuka wszelaka przepełniona jest przecież metaforami, niedopowiedzeniami i naszą interpretacją. Interpretacją widza – czyli w zasadzie tyle wniosków z filmu, ile osób go oglądających. A przecież u każdej z tych osób może on budzić różne emocje, różne wnioski i budować różne postawy. Robi się niezły miszmasz. Jak nie możemy mieć pretensji do pisarzy o fikcję literacką, tak nie powinniśmy mieć pretensji do filmowców, że rozmijają się z prawdą, koloryzują, fantazjują, przenoszą nas w inny świat. Wszak na tym polega piękno kina i jego istota.” O tym, jak choroby psychiczne i praca psychiatrów jest pokazywana w kinie pisze Dominika Miedzińska, pasjonatka kina, socjoterapeutka na oddziale psychiatrycznym. 
Jednak mnogość filmów fabularnych, przenikanie wątków filmowych do tzw. popkultury powodują, że niekiedy nie potrafimy odróżnić fikcji od rzeczywistości, prawdy od fałszu. Jakąś wiedzę o świecie czerpiemy przecież z filmu. Tym bardziej, kiedy nie mamy wglądu w rzeczywistość, nie możemy porównać, znamy tylko świat pokazany na ekranie kina. Jest w tym coś cudownego i magicznego. Jaką moc ma reżyser! Wiem, że film fabularny nie ma pełnić funkcji wyłącznie edukacyjnej. Bardziej powinien zadziwiać, poruszać, inspirować i zarabiać na siebie. Zabiegi i sztuczki filmowe podsycają ciekawość i zarazem niepokój, kiedy oglądamy na ekranie chorych. Omamy, urojenia, halucynacje, otępienie, psychozy, ale również wielkie przygnębienie lub euforia stanowią temat barwny i niezwykle ciekawy. Owiane nutką tajemniczości, powodują, że filmy o szaleństwie i szaleńcach zawsze przyciągały do kin tłumy widzów ciekawych „wariata i jego świata”. Po opuszczeniu sali kinowej, pozostaje pytanie – czy tak jest naprawdę? Wśród wielu zabiegów filmowych trudno odróżnić co jest chorobą, a co jeszcze nią nie jest; co jest realne, a co stanowi wytwór chorego umysłu. Nieznajomość tematu i niepewność podsycają niepokój widza związany z oglądaną na ekranie chorobą psychiczną. Niepokój i strach przenosi się niestety także do świata realnego, kiedy przyjdzie nam chorobę psychiczną oglądać w życiu.


Dowód

Oglądając filmy, w których poruszany jest wątek choroby psychicznej, odnoszę wrażenie, że relacje kina i psychiatrii mogą nie dać się pogodzić. Laikowi trudno odróżnić fikcję od rzeczywistości. Chorzy, co prawda stanowią wdzięczny temat, wielu reżyserów szuka inspiracji w szpitalnych murach. To zawsze porusza. I pomimo, że obrazy te są niejednokrotnie piękne, wzruszające, zabawne czy też trzymające w napięciu, to trudno dostrzec realistyczny charakter choroby psychicznej. Najczęściej, stereotypowo chorzy ukazywani są jako zabawni, „przygłupi” ignoranci, albo wyrachowani łajdacy o sadystycznych skłonnościach lub wrażliwi twórcy. Taki obraz potęguje u widza, obecny już strach wynikający z niewiedzy. Ewentualnie politowanie, współczucie lub śmiech.
Równie schematycznie pokazywani są w filmach wszelcy leczący, a filmowcy zdają się nie odróżniać psychologa od psychiatry, każdego z nich mylą z psychoterapeutą. Kiedy w opowiadanej historii pojawia się wątek jakiegoś innego zawodu pomocowego – pracownika socjalnego czy opiekuna, zdaje się, że zupełnie już nie wiedzą, co mówią.

Czy chory umysł rzeczywiście jest piękny?

Piękny umysł

W stereotyp szaleńca – geniusza świetnie wpisuje się „Piękny umysł” Rona Howarda (2002). Historia opisuje autentyczną postać – Johna Nasha – amerykańskiego naukowca nagrodzonego Noblem w dziedzinie ekonomii. Pomimo, że film może podtrzymywać uproszczenie, że twórca musi być szalony, ja szalenie lubię ten film! Kto zna biografię Nasha wie, że film nie jest jej odzwierciedleniem, a raczej życie naukowca zainspirowało do nakręcenia obrazu o człowieku zmagającym się ze schizofrenią. A opowieść to piękna o tworzeniu, idei, miłości, życiu codziennym i życiu w świecie urojeń. Główny bohater budzi sympatię, nawet podziw.
Podobny wątek porusza John Madden w swoim filmie „Dowód” (2005). Opowieść już nie tak piękna i poruszająca, ale podtrzymująca stereotyp szalonego geniusza. Tutaj mamy jeszcze więcej niepewności – czy z obłędu wyłania się geniusz, czy może raczej geniusz popada w obłęd?
W rzeczywistości nie ma dowodów na to, że twórcy (artyści, naukowcy) są bardziej inteligentni. Brak wyraźnej korelacji między inteligencją a twórczością. W psychologii znana jest hipoteza progu 110 IQ. Osoby o niskim ilorazie inteligencji są zwykle mało twórcze (korelacja pozytywna), natomiast osoby o podwyższonym ilorazie inteligencji mogą być twórcze lub nie (brak korelacji). Sztuka i szaleństwo nie wykluczają się – wielkie dzieła i odkrycia zawdzięczamy i osobom zdrowym, i zmagającym się z chorobami psychicznymi. Zmagającymi się – bo choroba psychiczna nie jest „twórczym natchnieniem przez Boga” ani innym, piękniejszym widzeniem wybrańców. Apatia, zmniejszone odczuwanie przyjemności, chroniczne poczucie zmęczenia, zaburzenia snu, lęki, poczucie braku własnej wartości bez względu na realne osiągnięcia, często poczucie rozpaczy i zachowania autodestrukcyjne rzeczywiście bardziej przeszkadzają tworzeniu niż pomagają.
W filmie „Piękny umysł” John Nash rozmawiając ze swoimi urojonymi przyjaciółmi sprawia wrażenie dziecka bawiącego się niewinnie ze swoim „wymyślonym przyjacielem”. W rzeczywistości urojenia znacznie częściej budzą lęki i niepokój niż zaciekawienie czy sympatię chorego.
Choroba nieraz brutalnie przerywa karierę mistrzów – jak w przypadku Wacława Niżyńskiego (tancerz). Zdarza się, że dzieła uznane przez krytyków i opinię publiczną są stworzone przez ludzi chorych, nie zdających sobie sprawy ze swoich osiągnięć (Carlo Zinelli). „Jeśli uświadomimy sobie, ile dni swego życia ci geniusze spędzili w narkotykowym zamroczeniu lub psychotycznym czy depresyjnym otępieniu, to w głowie może nam się zamącić na myśl o tym, co jeszcze mogliby osiągnąć. (Kottler, 2006, s. 302)

Królowa chorób, królowa filmu

Ja, Irena i ja

W „Pięknym umyśle” schizofrenia chociaż jest schizofrenią, bo w filmie nie zawsze jest to takie oczywiste. Chyba najczęściej popełnianym grzechem przez filmowców jest mylenie jednostek chorobowych i wsypywanie wszystkich zaburzeń psychicznych do jednego worka – schizofrenia.
Wszędzie, gdzie widzimy postać zachowującą się dziwacznie, mówiącą do siebie, mającą omamy czy przechodzącą z jednej osobowości w drugą lub wpadającą z jednej skrajnej emocji w drugą – myślimy – „schizofrenik”. Otóż rzecz nie jest taka prosta, a takie uproszczenie w dużej mierze zawdzięczamy filmowcom. Pomijam trochę fakt słowa „schizofrenik”. Bardziej poprawnie dziś mówić – chorujący na schizofrenię, by nie stygmatyzować, nie upraszczać.
Poszczególne przypadki zachorowań mogą bardzo różnić się od siebie. Pomimo objawów osiowych, spektrum symptomów schizofrenii jest tak szerokie, że często bywa ona nazywana „królową chorób psychicznych”. Może więc nie należy się dziwić, że autorzy filmów gubią się co jest już schizofrenią, a co jeszcze nią nie jest. Nie wybaczam jednak podciągania pod schizofrenię, innych wyraźnych jednostek chorobowych.
W filmie „Ja, Irena i ja” braci Farrelly (2000) wyraźnie mamy do czynienia z zaburzeniem dysocjacyjnym. Wyraźnie nazywanym w filmie schizofrenią. Zupełnie nie wiem dlaczego. Główny bohater cierpi na rodzaj zaburzenia dysocjacyjnego, jakim jest osobowość wieloraka. Charlie i Hank to dwie osobowości w jednym ciele. Z resztą wątek „rozszczepienia jaźni” jest przez filmowców wyjątkowo często poruszany. Od czasów pamiętnego „Dr Jekyll i Mr Hyde” (różne wersje reżyserskie) widujemy to zaburzenie na ekranie dość często. Na podstawie autentycznej historii, Daniel Patrie nakręcił „Sybil” (1976). Obserwujemy zmagania psychoterapeutki i lekarki zarazem (powrócę do tej kwestii) z jej najtrudniejszym przypadkiem w dotychczasowej karierze. Młoda dziewczyna wypiera traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa tworząc aż 16 osobowości, a każda inaczej „radzi sobie” z przeszłością.
            Wg DSM-IV (Amerykańska Klasyfikacja Chorób Psychicznych) – osobowość mnoga to wzorzec stanowiący zwykle odpowiedź na rozpoznawalne czynniki stresowe, w którym pacjent manifestuje przynajmniej dwa, mniej lub bardziej kompletne systemy tożsamości. Osobowość pierwotna określana jest jako osobowość gospodarza. Tożsamości wyrażają odrzucane części pierwotnej jaźni, dlatego są uderzająco różne od osobowości pierwotnej. Nie stanowią one jednak osobnej osobowości, wszystkie są częścią osobowości gospodarza, o której istnieniu wiedzą. Zdarzają się przypadki amnezji jednostronnej, kiedy jedna z tożsamości nie pamięta, co robiła druga. Temat to dość tajemniczy i intrygujący, więc zarazem wdzięczny na film.


Lęk pierwotny

W „Lęku pierwotnym” Gregory Hoblit (1996) pokazał to zaburzenie bardzo autentycznie dla widza. Nie bez znaczenia jest tu dobra gra młodego Edwarda Nortona. Aktor ten miał okazję zmierzyć się z szaleństwem podwójnej osobowości w rewelacyjnym obrazie Davida Finchera „Podziemny krąg” (1999). Film jest interesujący tym bardziej, im bardziej niepewni jesteśmy kto tu jest bardziej nienormalny – główny bohater czy jego nowo poznany przyjaciel? Uzupełniają się, przenikają. Żaden nie jest ani dobry ani zły. Każdy jest i dobry i zły.
            W kinie nie brak także wyraźnie zaznaczonych osobowości – dobrej i złej. Od wspomnianego przeze mnie wcześniej Dr Jekyll’a i Mr Hyde’a po klasyczny już obraz Alfreda Hitchcocka „Psychoza” (1960). Antony Perkins odgrywa postać, która ma dwie osobowości – łagodny Norman Bates przybiera czasem postać swojej morderczo zmarłej matki. Morduje wtedy z zimną krwią. Genialny obraz genialnego reżysera zapada w pamięć. Wraz z nim niestety pamiętamy, że człowiek chory psychicznie jest agresywny, brutalny i wyrachowany. To kolejne uproszczenie. Nie ma dowodów naukowych na to, że osoby chore psychiczne popełniają więcej zbrodni lub są bardziej okrutne. Inny problem stanowią psychopaci (ale to już zaburzenie osobowości, a nie choroba psychiczna) i dobrze byłoby nie nazywać tego zaburzenia schizofrenią.
Nie jest to odpowiednie miejsce na rozstrzyganie sporów medycznych i teologicznych, warto jednak wspomnieć, że stan transu i opętania w Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD-10) jest traktowany jako jeden z rodzajów zaburzeń dysocjacyjnych. Uwaga i świadomość są zawężone, osoba często wykonuje powtarzające się, schematyczne ruchy ciała, przyjmuje określone pozycje i formułuje te same wypowiedzi (niezależne od woli, przeszkadzające, nieakceptowane), towarzyszy jej przekonanie o opętaniu przez bóstwo, inną osobowość lub ducha. Brzmi znajomo? Widzieliśmy to niejednokrotnie na ekranach kin. Autentyczny spór o słuszność egzorcyzmów pokazuje Scott Derrickson w „Egzorcyzmach Emily Rose” (2005). Katolicki ksiądz staje przed sądem oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci młodej dziewczyny. Oglądamy przebieg procesu zastanawiając się jak lepiej pomóc można było bohaterce? Leczyć ciało, umysł czy duszę? Kto powinien się tego podjąć? Jedno jest pewne – dziewczyna jest opętana. Nie wiadomo tylko czy przez chorobę czy demony. Dobrze byłoby tego stanu nie nazywać schizofrenią.

Jak to leczyć?

Sybil

Na szczęście zdecydowana większość społeczeństwa nie widziała szpitala psychiatrycznego i nigdy osobiście go nie zobaczy. Na nieszczęście wiedzę na ten temat czerpie z różnych źródeł. Nie zawsze jest to informacja rzetelna, sprawdzona, prawdziwa, a w świat już poszła opinia jak to jest w „miejscu bez klamek”.
Każdy, kto widział „Lot nad kukułczym gniazdem” Milosa Formana (1975) wie, że od tego typu miejsc należy się trzymać z daleka. Kto tam trafia, zdrowy już nie wychodzi. Film pokazuje szpital psychiatryczny jako instytucję bardziej chorą niż ci, których ma leczyć. Personel jest chłodny, by nie powiedzieć lodowaty, a pacjent nie ma żadnych praw. Obraz ten mógłby w tym artykule stanowić przykład wielu zaburzeń. Wybrałam go (nie sposób pisząc o chorobach psychicznych w filmie, pominąć taki klasyk!), by pokazać stereotypowy obraz szpitala. Niekiedy szpital psychiatryczny pokazywany jest także jako miejsce licznych a niejasnych eksperymentów naukowych. Chorzy bywają poddani budzącym strach, dziwacznym formom leczenia. W filmie „Obłęd” (2005) John Maybury przedstawia losy byłego żołnierza poddanego brutalnej i co najmniej nieetycznej formie terapii. Szpital psychiatryczny jest tutaj obskurnym, zimnym miejscem kojarzącym się bardziej z prosektorium niż miejscem zdrowienia. Prowadzący kontrowersyjną terapię lekarz, zdaje się być bardziej nienormalny niż jego pacjenci. Bardziej czule i troskliwie, ale jednak nadal bez zgody pacjenta, wykonuje swoje eksperymenty medyczne dr Sayer w filmie Penny Marshall’a „Przebudzenia” (1990). Nowatorska terapia przynosi efekty, ale są one niestety krótkotrwałe, a konsekwencje decyzji trudne do zaakceptowania. Film niezwykle poruszający, ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi Roberta de Niro i Robina Williamsa, nie pozbawiony jednak stereotypowych obrazów szpitala psychiatrycznego, personelu medycznego i magicznych form leczenia.
Od lat 70-tych XX wieku – kiedy powstał „Lot nad kukułczym gniazdem”, dla wielu stanowiący przez długi czas prawdziwy obraz szpitala psychiatrycznego, wiele się zmieniło. Nie stosuje się już lobotomii – zabieg polegający na przecięciu włókien nerwowych w czołowych płatach mózgowia w celu redukcji procesów emocjonalnych towarzyszących chorobom psychicznym. Pacjenci muszą wyrazić zgodę na pobyt w szpitalu. Osoby przetrzymywane w szpitalu wbrew swojej woli stanowią nieliczny procent wśród pacjentów (i są to uzasadnione wyrokiem sądowym sytuacje mające na celu dbanie o dobro i bezpieczeństwo pacjenta i/lub osób z jego otoczenia).
Pomimo wielu korzystnych zmian, opinia o szpitalu psychiatrycznym niewiele różni się od tej, pokazanej w filmie. Zmienił się system leczenia, podejście do pacjenta, przepisy dotyczące warunków. Dziś podstawową formą leczenia w szpitalach jest farmakologia. Trochę inaczej wygląda to w kinie. Rewolucja w farmakoterapii nie może przebić się przez ekrany, ponieważ filmowcy wszystkich leczących traktują jak psychoterapeutów. A ci, jak wiemy (bądź nie wiemy) leczą słowem, a nie tabletką. Jednym z nielicznych filmów, w którym pokazano, że na stan pacjenta próbuje się wpłynąć za pomocą przepisywanych leków jest „Lepiej być nie może” Jamesa L. Brooksa (1997). Główny bohater (świetna rola Nicholsona) cierpi na zaburzenie obsesyjno – kompulsyjne. W sumie, nie ma pewności czy pomogły mu leki (ale przynajmniej je zażywa) czy miłość kobiety. W miłość jakoś piękniej wierzyć.


Lepiej być nie może

Kto tu jest nienormalny?
Jeśli pobyt na oddziale, leki i psychoterapia zawodzą, twórcy filmowi próbują przekonać nas do jeszcze innego sposobu leczenia – terapii miłością. W sensie erotycznym. Romans pomiędzy terapeutą a pacjentem jest jednym z największych wykroczeń zawodowego kodeksu etycznego. W „Urzeczonej” Hitchcocka (1945) psychoterapeutka zakochuje się w swoim pacjencie, a zaznana przez niego prawdziwa miłość leczy jego objawy i pomaga rozwikłać sprawę oskarżenia o zabójstwo. Rozumiem, że w mężczyźnie o wyglądzie Gregory’ego Peck’a można było łatwo się zakochać. Jednak takie sytuacje są rzadkością. Gdzie bliskość i intymność relacji – tam łatwo pomylić je z miłością. Erotyczny romans pomiędzy terapeutą a pacjentem burzy, niekiedy długo budowaną relację terapeutyczną i bardziej szkodzi niż pomaga. Nie można jednak powiedzieć, że to się nie zdarza. Przynajmniej nie powinno. Przynajmniej profesjonalistom.
Osoby pomagające w zdrowieniu – lekarze, psycholodzy, psychoterapeuci są najczęściej przedstawiani w filmach w sposób dychotomiczny. Z jednej strony jako podziwiani za rozumienie rzeczy niezrozumiałych dla „zwykłych śmiertelników”, odgadujących zagadki nieświadomego umysłu. Z drugiej zaś jako ignoranci, podkreślając ich niezdolność do rozwiązania wszelkich bolączek nie tylko swoich pacjentów, ale także swoich osobistych. Obraz takiego „pomagacza”, który nie radzi sobie sam ze sobą, a co dopiero ze swoimi pacjentami oglądamy w filmie „Całe życie z wariatami” (2009) Jonasa Pate’a. Wysłuchiwanie problemów znerwicowanych i wiecznie niezadowolonych gwiazd filmowych, każdego mogą przyprawić o zawrót głowy. Niemniej jednak od profesjonalisty oczekujemy więcej profesjonalizmu. Czy rzeczywiście możliwe jest wspomaganie leczenia paleniem trawki? Głęboko chcę wierzyć, że nie.


Urzeczona

Bardziej optymistycznie rysuje się obraz psychoterapeuty w najnowszej komedii „Dwoje do poprawki” (2012) Davida Frankel’a. Przede wszystkim w filmie tym, psychoterapeuta jest psychoterapeutą. Nie wchodzi w kompetencje innych specjalistów – np. nie przepisuje leków. Stosuje za to różne techniki terapeutyczne. Nieźle sobie radzi pomagając parze znudzonych sobą małżonków.
Szaleć po polsku
W rodzimej kinematografii również odnajdujemy podobne wątki, wcale nie pozbawione stereotypów i uproszczeń. Jak wygląda sfrustrowany polski przedstawiciel klasy średniej? Jak Adaś Miauczyński z „Dnia Świra” Marka Koterskiego (2002). Ma dziwne relacje z matką, nie potrafi stworzyć stałego związku z kobietą. Męczą go obsesje, kompulsje. Chyba jest hipochondrykiem, chyba jest lekomanem. Chyba – bo trudno wyczuć co naprawdę mu dolega, bo Adaś leczy się na wszystko. A wszyscy wiemy, że i tak na ludzką głupotę i absurd żadna pigułka nie pomoże. Obraz być może przerysowany, ale czy nie utożsamiamy się z bohaterem? Nie rozumiemy go? Nie zastanawiamy się czy to świat oszalał czy on jest szalony?
Świat szpitala psychiatrycznego i psychiatrów jest tłem dla detektywistycznej opowieści w filmie Feliksa Falka „Enen” (2009). Film nakręcony jest w „stylu retro” i podobnie pokazuje szpital psychiatryczny. Panuje w nim chaos, brak koordynacji, odnosimy wrażenie, że lekarze nie wiedzą co czynią. Młody psychiatra jako jedyny zdaje się przejmować swoimi pacjentami. Nawet zaprzyjaźnia się z jednym z nich. Tylko pozornie jest to postawa godna podziwu niczym u doktora Judyma. Mieszkanie ze swoim pacjentem okazuje się mieć zaskakujące konsekwencje i jednocześnie podtrzymuje stereotyp, że również naszym specjalistom brak profesjonalizmu.


Dzień świra

Najbardziej prawdziwy obraz choroby psychicznej odnalazłam właśnie w polskim filmie – debiucie fabularnym Bartosza Konopki „Lęk wysokości” (2011). To obraz przejmujący, tym bardziej przejmujący, że pokazuje historię prawdziwą. Skomplikowane relacje ojca chorego na schizofrenię i jego syna. Mamy tutaj i polski szpital psychiatryczny, i lekarzy, i sąsiadów, którzy nie wiedzą jak reagować. Wszystko przerażająco autentyczne. Przyglądamy się osobistej relacji ojca i syna. Potrzebie bliskości, akceptacji i zrozumienia z jednej strony. Chęci zrozumienia, poznania z drugiej. Odnaleźć ojca w świecie choroby i siebie w świecie realnym to zadanie niełatwe, ale warte wszelkiej próby.
Filmy o szaleństwie zawsze budziły ciekawość widza. Jak samo szaleństwo wzbudzało ciekawość różnych artystów. Temat owiany tajemniczością, łatwo podsyca lęk i niepokój. Obrazy oglądane na ekranach kin nie zmniejszają wcale niepokoju związanego z chorymi psychicznie. Wzruszają, bawią, straszą, ale nadal trudno odróżnić fikcję od rzeczywistości. Realność choroby od wyobrażeń o niej. Wygląd szpitala psychiatrycznego pokazanego w filmach jako „wyspę skazańców”, miejsca niedostępnego i chłodnego wzmacnia poczucie widza, że chorych należy izolować. Trzeba się bać wariatów, szpitali i lekarzy – szalonych naukowców traktujących swoich pacjentów niczym króliki doświadczalne.
Niewiele w kinie jest obrazów, które chorobę i zmagania z nią pokazują rzetelnie i prawdziwie. Bywa dla pacjenta zaskoczeniem, powoduje niepokój, strach, zaburzenia snu i dolegliwości somatyczne. Wielu z tych doświadczeń nie trzeba koloryzować, żeby i tak stanowiły temat ciekawy i przejmujący. „Biały szum” Hansa Weingartnera (2001) to jeden z nielicznych filmów pokazujący schizofrenię taką, jaką bywa najczęściej. Choroba zmienia życie młodego chłopaka i całego jego otoczenia. Głosy, które słyszy są natrętne i nieprzyjazne. Budzą lęk i dziwaczne zachowania. Początek leczenia, nie jest niestety końcem cierpienia. Chorobę trudno zaakceptować jego najbliższym, którzy nie wiedzą jak się zachować wobec chorego, wobec leczenia. Film jest przejmujący i ciekawy bez dodatkowych zabiegów, mających na celu rozemocjonować widza. Często to, co miało zaszokować i przyciągnąć uwagę, podsyca tylko lęk otoczenia wobec chorych. Lęk i tak już obecny, lęk przed nieznanym.
 Autor: Dominika Miedzińska
Psycholog w pracowni psychoterapii  ProEfecto

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.