Postanowienia noworoczne tu, postanowienia noworoczne tam. Ja pierdzielę, czy naprawdę świat przez ostatnie kilka dni starego roku musi się kręcić wokół tego, co zaplanuję sobie na przyszły rok?
Gdzie nie spojrzę to – jak zrobić, coby dotrzymać składanej sobie obietnicy, jak zaplanować coby tym razem się udało. A ja to pier*ole. Nie mam zamiaru w nowym roku schudnąć 10 kilogramów (tak wiem, przydałoby się), kupić auta, o którym marzę od kilku lat (w końcu ten mój grat nie jest taki zły), zmienić pracy (bo jak nie udało mi się przez ostatnie trzy lata, to teraz ma się nagle udać, po co się znowu frustrować, że nic z tego nie wyszło).

Jakbyśmy nie mogli po prostu pożegnać starego roku i wejść w nowy ot tak. Nie, my wszędzie musimy coś sobie obiecywać, o coś się postarać, a po 12 miesiącach udawać, że nic takiego nie miało miejsca, w duchu myśląc: „nie no teraz to już naprawdę, to już ostatni rok, żeby coś zmienić”.
Są różne sposoby: mówić głośno, że rzuca się palenie, czy zaczyna się biegać – bo wtedy motywacja większa, bo wstyd przed znajomymi, jak się nie uda. I tak podpalamy, jak nikt nie widzi, albo tłumaczymy: „a wiesz, ja tak tylko na imprezach”. Mówimy, że kolano boli i biegać już nie można, że może lepiej jednak najpierw siłownia na wzmocnienie, ale ta siłownia oczywiście od kolejnego roku, bo jak to w połowie zacząć. Najpierw trzeba odpocząć.

A ja mówię stanowcze NIE. Na pytanie: „To jak, dietka od poniedziałku?”, mówię: „W dupie mam diety” – i szczerze – nie mijam się z prawdą spoglądając na swój tyłek.
Jak ktoś spyta, czy już fajki rzucam, powiem, że nie mam najmniejszego zamiaru, bo palić lubię. Pić też – właśnie nikt nie pyta, czy może nie będę pić alkoholi w 2017, czemu nikt sobie takich wyzwań nie stawia?
Nie mam zamiaru wymyślać sobie rzeczy, które mnie zadręczą, upokorzą pokazując, że moja wola jest zerowa, zwłaszcza, gdy chodzi o rzeczy, na które zupełnie nie mam ochoty, ani nie wierzę w ich sens.

Nie no czas najwyższy powiedzieć STOP rzeczom, które świat próbuje mi narzucić.
W nowym roku mam zamiar pogodzić się z tym, jak wyglądam, i że nie ma takiego bata, bym wbiła się w rozmiar 36, a w sumie o 38 też mogę pomarzyć. O nie, nawet marzyć nie chcę, bo i po co, dobrze mi tak jak jest i tego przez cały kolejny rok trzymać się będę.
Odpuszczę sobie wszelkie obietnice typu – siłownia dwa razy w tygodniu, fitness, cztery razy i jeszcze kurs tańca. Czy mnie powaliło? Pytam się? No i już z pomysłem nauki chińskiego sprzed dwóch lat to w ogóle jakiegoś oszołomu się nażarłam.

Nie. Teraz mam zamiar jedynie mieć oczy szeroko otwarte, nie fiksować się na dietach, sretach, kursach gotowania potraw, których później i tak w domu nie robiłam, bo nikt tego jeść nie chciał. A kasa za niezjedzoną ośmiornicę sorry – nie zwróci się.

Jedno wiem. Nie chcę być fit i git. To zwyczajnie nie dla mnie. Tak wiem, że można z Chodakowską ćwiczyć w domu, a kurs języka kupić na allegro, ale czy to naprawdę mnie uszczęśliwi? Czy otworzy horyzonty, gdy będę miała tyłek tak wysoko, że nie daj Boże spodni w pasie nie zapnę?
Czy ja naprawdę chcę robić karierę zawodową na miarę koleżanki z działu obok, której dziś nikt już na „cześć” nie odpowiada, a ona podobno łyka prochy przeciw lękowe, bo boi się, że wszyscy knują przeciwko niej. Cóż, pamiętaj, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Czy jakoś tak.

I te wakacje na Malediwach, no w sumie i fajnie, bo ciepło i pięknie. Ale co? Zdjęciami się na Facebooku pochwalę, ale pożyczki za wakacje już nikt lajkami za mnie nie spłaci. A pie*dole to. I przyznaję się w tym roku, że kocham Pojezierze Drawskie i tam bez ściem się wybiorę. Jeziora, świeże ryby, rowery, spacery, słowem luksus, na który mnie stać, i który kocham miłością dziecięcych wjazdów z rodzicami.

Tak, tylko te moje oczy szeroko otworzę i nie ograniczę się żadnymi z postanowień. Co to, to nie. Tak mi już przeszedł kurs spadochronowy w promocji koło nosa, bo ja jednak ten chiński próbowałam oswoić. Nijak się nie dało, a kasy na dwie rzeczy brak było. Tak też nie pojechałam na wycieczkę ze znajomymi na Słowację, bo durna bilety na all inclusive ch*j wie po co zabukowałam. Było drętwo, smutno, uciekaliśmy od hotelowych basenów jak najdalej. Na all inclusive byłam dwa razy – pierwszy i ostatni raz. No zwyczajnie się nie nadaję. Wkurza mnie rutyna codzienności, a tu się pakuję w wakacyjną rutynę, to sobie ulepszyłam czas wolny. Pięknie.

No wiec, w tym nadchodzącym nowym roku przyrzekam uroczyście, że będę wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję na doświadczanie nowego. Nie ograniczę się żadnymi postanowieniami, co to, to nie. Będę uważna i zamierzam łapać szansę, która pojawi się na horyzoncie. Zmiana pracy – jak tylko zobaczę idealną ofertę – wyślę cv, ale bez ciśnienia, że za 12 miesięcy muszę być w innym miejscu. Wszystko przyjdzie, a jak nie przyjdzie, to albo ja za mało się starałam, albo nie doceniam tego, co mam, albo byłam zbyt skupiona na rzeczach dla mnie mało w efekcie ważnych. I tyle. Dziękuję za uwagę.

PS. Wszystkiego co zgodne z Wami w nowy roku życzę!

 http://ohme.pl/lifestyle/a-w-dpie-mam-noworoczne-obietnice-nie-chce-byc-fit-i-git-koniec-z-tym-raz-na-zawsze/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.