Wiem, że mnie nie wysłuchasz. Zwłaszcza teraz, kiedy szalejesz, obrzucasz mnie najgorszymi epitetami. Bo zdradziłam, bo odeszłam, bo zniszczyłam tobie, nam, dzieciom życie.
Wiedziałam, że tę furię będę musiała przeżyć, a jednocześnie tak bardzo mnie ona dziwi, bo dopiero, kiedy powiedziałam wprost, że odchodzę, na nowo zaistniałam w twojej przestrzeni. Zauważyłeś, że jestem, że jednak istnieję, nie jestem meblem do przesunięcia, który można ominąć, udawać, że nie słyszy się jak trzeszczy. Tak, bo dla ciebie trzeszczałam już jak zdarta płyta, że nas mało, że brakuje mi czułości, miłości, bliskości.
Szalejesz z wściekłości, a przecież ja nie odeszłam dziś, z dnia na dzień. Teraz wydarzyła się dla ciebie tragedia, bo nagle nie ma kto wrzucić skarpetek do prania, zrobić rano kawy i podać późnego, ale jednak ciepłego obiadu?
Przyjrzy się sobie, zobacz nas, których przez ostatnie lata zupełnie nie było. Były za to moje fochy, moje oczekiwania, moje wymagania. Tak to widziałeś. Na nic zdały się tłumaczenia, rozmowy. Przez chwilę było lepiej, a później i tak wszystko wracało do wygodnej dla ciebie normy. Ja byłam dobrym dodatkiem. Nabyta jako żona. Bo w końcu jak przypieczętowane podpisem w urzędzie, przysięgane pod ołtarzem, to już na zawsze.
I tu się mylisz. To jest ta lekcja, którą powinieneś wyciągnąć – otóż nic nie jest na zawsze, a już na pewno nie moja miłość do ciebie. Ona też, jak się okazało miała, swoje granice.
Nie planowałam tego. Nie działałam w afekcie. Po prostu, stało się, kiedy na mnie spojrzał, kiedy magnetyzm jego wzroku sprawił, że ugięły się pode mną kolana. Dawno żaden mężczyzna tak na mnie nie patrzył, dawno nie czułam, że właśnie ktoś rozbiera mnie wzrokiem. Tak. Dla ciebie byłam żoną i matką. Tą, która jest w domu, kiedy ty wracasz z pracy, czasami coś pomarudzi, ale ogólnie nie ma na co narzekać. W końcu żyło się nam dobrze. Zaraz jak to było: „czego ci brakowało? Miałaś wszystko!!!”. To mi wykrzyczałeś, ale za późno. Bo ja nie raz mówiłam, próbowałam tłumaczyć, że twoje wszystko, to nie jest to czego ja chcę, czego potrzebuję.
Mówiłam, że brak mi czułości. Nie chciałam dużo, tylko przytulenia, gestów, delikatności, takiej nieuchwytnej chwili, kiedy wiem, że mnie kochasz, że dotykasz mnie, stajesz obok, łapiesz mnie za rękę z miłością, naturalnie, jak kiedyś. Tak, to „kiedyś” stawało między nami. Nie mogłeś tego znieść: „pokaż mi parę, która jest w sobie cały czas zakochana, jak na początku” – to była twoja odpowiedź. Ty po prostu tego nie czułeś, nie widziałeś, nie chciałeś.
A ja chciałam, żebyś się mną zachwycał, by w twoich oczach widać było ten błysk, kiedy mnie widzisz. Jasne, że nie zawsze. Ale przecież ja tobie mówiłam, jak zakładałeś tę niebieską koszulę, że uwielbiam cię w niej. Powtarzałam, jaka jestem z ciebie dumna, kiedy opowiadałeś o kolejnych sukcesach w pracy, śmiałam się z twoich żartów. I to nie było wymuszone, to naturalne, tylko ja byłam przezroczysta. Czasami miałam wrażenie, że patrzysz przez mnie, gdzieś w dal. Mówiłam, że potrzebuję tych słów. A tobie było wszystko jedno, czy schudłam, czy podobam ci się w tej czy innej sukience. Pamiętam, jak spytałam, czy podoba ci się mój nowy kolor włosów, usłyszałam standardowo: „tak, świetnie”, tyle, że ja wtedy nie byłam u żadnego fryzjera, nie farbowałam włosów od trzech tygodni…

A on widział wszystko. On się mną zachwycał. „Jesteś taka piękna” – mówił. A mi trudno było w to uwierzyć, bo przecież dawno tych słów nie słyszałam. Od wielu lat nikt mi nie powiedział, że mam cudowny uśmiech, że w moich oczach można zniknąć. Tak, dla ciebie to banały, ty mówiłeś „komplementami cię i dzieci nie nakarmię”. Tylko widzisz, miłość karmi się też takimi banałam, ty lubiłeś ich słuchać, gdy mówiłam, że kocham twoje ramiona – takie silne i mocne.
Mówiłam: „nie ma ciebie”, „potrzebuję, żebyś był bliżej”, „martwię się o nas”.
„Czepiasz się. O co ci znowu chodzi” – odpowiadłeś, a kiedy kolejny raz próbowałam wytłumaczyć, przewracałeś oczami. „Już dobrze, rozumiem, będę się starał” – mówiłeś. Jakiś czas miałam nadzieję, że naprawdę coś się zmieni. Wysyłałam SMS-y, na które odpisywałeś. Całowałeś rano przez kilka dni. Nawet do kina mnie zabrałeś, po tym, kiedy zagroziłam, że będę spać na kanapie.
Nie wytrzymałam raz krzycząc, że odejdę, że mam dość bycia traktowaną jak przedmiot pozbawiony uczuć, gdzie nie czuję się szanowana, doceniana, gdzie ktoś k,ogo kocham, robi ze mnie robota od sprzątania, zajmowania się dziećmi, przygotowania imprezy dla znajomych i uśmiechania się, kiedy jest taka potrzeba.

Wiedziałeś, że kłamię. Wtedy kłamałam, bo nie odeszłabym, bo myślałam, że to ostatnia deska ratunku dla nas, że zrozumiesz, że chcę być w twoim życiu tak samo ważna, jak ty byłeś w moim. Ale dla ciebie ważniejsza była praca, mecze, tenis, na który biegałeś w każdej wolnej chwili, rower, na którym znikałeś w weekend, bo musisz się odestresować, zrelaksować. Jakbyśmy ja i dzieci byli także źródłem twojego stresu…

A on? On lubił te same filmy, co ja. Dostałam od niego płytę, o której marzyłam, tylko wiecznie zapominałam jej sobie kupić. Od ciebie na prezenty przestałam liczyć, a ty przyzwyczaiłeś się, kiedy pokazywałam ci coś nowego mówiąc: „kupiłam sobie od ciebie na urodziny”. Nawet nie zaprotestowałeś. Z nim mogłam rozmawiać o podróżach. Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy planować wspólne wakacje. Ty zgadzałeś się na wszystko, co wymyśliłam, byle nie daleko, bo nie chciałeś się kisić w samochodzie po kilkanaście godzin…

Nie wiesz o mnie jednej rzeczy, ja też jej nie wiedziałam, do czasu, aż zrozumiałam, że stoimy w miejscu, że między nami nic się nie zmienia. Jakby ktoś nam założył betonowe buty i uniemożliwił jakiekolwiek ruchy. Ja się jeszcze wiłam, próbowałam nas wydostać, ale tobie było zbyt wygodnie, zbyt bardzo byłeś skupiony na sobie, żeby wyjść mi naprzeciw. Nie chciałam tak żyć.
W końcu zrozumiałam, że to nie moja wina, przestałam wyrzucać sobie, że coś robię źle, że za mało się staram, że zbyt dużo wymagam. W oczach, gestach i słowach innego mężczyzny zrozumiałam, że jeśli chcemy, jeśli kochamy, możemy wszystko zmienić.

Nie odeszłam do innego mężczyzny. Odeszłam, bo nie czułam się kochana, bo ja ze swoimi pragnieniami i potrzebami byłam ignorowana, tłamszona, wpędzana w poczucie winy, zamykana w czterech ścianach wyrzutów sumienia, gdzie odbijało się twoje „ale o co ci znowu chodzi”. Przy nim zrozumiałam, że nie wymagam wiele, że można być razem inaczej, że miłość może być czuła, może być blisko, że może wymykać się rutynie wczesnym porankiem kawą pitą na balkonie i leniwym seksem, nim wstaniemy i szybko wejdziemy w dzień, wsuniemy na siebie ubrania.
Nie wrócę. Choćbyś nie wiem, jak się odgrażał. Choćbyś nie wiem, jak głośno powtarzał, że jeszcze zrozumiem, gdzie było mi dobrze, to wiedz dziś jedno: nie wrócę, bo zrozumiałam, że można być szczęśliwym, że można czuć się kochanym.


Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.