Nikt nie lubi być pod stałym nadzorem. Żyć ze świadomością, że z każdego gestu, słowa czy uśmiechu trzeba się przed kimś rozliczać. Cenimy sobie wolność osobistą i staramy się nie wchodzić z butami w cudze sprawy, a naruszanie tych zasad uznajemy za naganne.

 Ale… gdy przychodzi do związków, to lubimy mieć rękę na pulsie. Licho nie śpi. Dlatego czasami korci nas, żeby zerknąć w jego telefon, podpytać znajomych, co ukochany robił pod naszą nieobecność, wpaść z niezapowiedzianą wizytą „tak na wszelki wypadek”. Jednocześnie drażni nas, gdy druga strona robi to samo.

Związek nie ma być więzieniem, jednak wolnoamerykanka też nie wchodzi w grę. Decydując się na niego, siłą rzeczy rezygnujemy z cząstki swojej wolności na rzecz zobowiązań wobec życiowego partnera. Tylko jak wyznaczać te granice swobody? I czy w ogóle trzeba to robić?

W sidłach

 Kontrola ma wykluczyć wszelką konkurencję. Nie lubimy, gdy biuściasta panna raczy się drinkiem w towarzystwie naszego męża, ostentacyjnie śmieje się z jego dowcipów i „przypadkowo” muska go po ramieniu.
 Rzucamy ostrzegawcze spojrzenie, a jeśli to nie pomaga, wkraczamy do akcji. To doświadczenie uczy nas jednego – faceta nie można na chwilę zostawić samego. Więc prewencyjnie ograniczamy mu dostęp do kobiet i robimy awantury o każde zbyt przychylne spojrzenie w stronę atrakcyjnej dziewczyny. Faceci nie są lepsi. Czego on chciał od ciebie? Jasne, niczego! Może chcesz się z nim umówić, bo tak się wdzięczyłaś?

Gdy są uczucia, od zazdrości nie da się całkowicie uciec. Ale co robić, gdy najmniejszy gest sympatii w kierunku płci przeciwnej traktowany jest jak zdrada? Podejrzenia narastają, zaczyna się kontrola. I fochy o byle co. A bo spojrzał komuś w dekolt. A bo ona uśmiechnęła się zbyt zalotnie. Niepewność co do intencji partnera zamienia nas w śledczych. Nie ma zwykłych pytań, jest klasyczne przesłuchanie. Co dzisiaj robiłeś? Z kim, jak długo, po co? Dlaczego ona do ciebie dzwoniła? Po co idziesz na to spotkanie? Dlaczego dzisiaj nie masz dla mnie czasu? I tak godzinami, dzień w dzień. Wypytywanie, drążenie, szukanie podtekstów, łapanie za słówka, by udowodnić, że on/ona kłamie, ma coś na sumieniu i chce to ukryć. A na koniec sakramentalne: pewnie i tak nie mówisz mi wszystkiego, coś ukrywasz.

Z czasem te utarczki słowne męczą tak bardzo, że od razu przytakujemy i przepraszamy, byle tylko mieć święty spokój. Unikamy płci przeciwnej, ale czy to jest wyjście? Na pewno nie na dłuższą metę. Zresztą, ta powściągliwość i tak nie wystarcza – pewnie robisz to, jak nie patrzę, a znajomi cię kryją. Niezbędne jest zatem pełne osaczenie. Bez chwili wytchnienia. Trafiony, zatopiony. Frustracja narasta i czekamy już tylko na wybuch bomby.

Bez tajemnic 

Kontrola spokrewniona jest z zazdrością. Tą niezdrową zazdrością, dodajmy, która jest niebezpiecznie blisko obsesji. To normalne, że interesują nas sprawy partnera, ale w dojrzałym związku każdy wie, że druga osoba ma prawo do prywatności. Jednak nie wszyscy są tego zdania. Wolność może i była dobra w czasach hippisów, teraz rozsądniej jest mieć oczy i uszy otwarte. Wszak jak mawiali dawni towarzysze – należy ufać i sprawdzać. Dlaczego nie pokażesz, co napisałeś koledze? Masz coś do ukrycia? Nie pokażesz? Acha, czyli masz.

 „Kontroler” sądzi, że ma prawo śledzić każdy krok. Przegląda cudzy telefon, pocztę, konta na portalach internetowych, bez skrępowania podsłuchuje rozmowy. Nie widzi w tym niczego nagannego, choćby druga strona wyraźnie mówiła, że sobie tego nie życzy. Są pary, które dzielą się dosłownie wszystkim. Lecz są i takie, dla których własność prywatna to świętość. Dramat jest wtedy, gdy poglądy na temat wolności w związku diametralnie się różnią. Jeśli ktoś w ogóle nie dopuszcza nas do swojego życia, może to wywołać rozgoryczenie, bo najprawdopodobniej albo nie myśli o nas poważnie, albo kompletnie nam nie ufa. Ale czy można się obrażać za to, że partner nie zdradza hasła do konta bankowego, nie pozwala czytać prywatnych e-maili, nie opowiada o wszystkich rodzinnych tajemnicach? Są też pewne różnice płciowe.

Kobiety generalnie mają większą skłonność do opowiadania o swoich sprawach, chętniej się zwierzają, łatwiej wpuszczają innych do swojego świata i często wyznają zasadę „co moje to twoje”. Mężczyźni z natury są bardziej skryci i nierzadko nawet nie mają świadomości, że przemilczenie czegoś, co ich zdaniem jest mało istotne, kobieta może odebrać tak personalnie. Uproszczenie, ale mniej więcej tak to działa. Dopóki więc para jasno nie określi: to moje, a to wspólne, a kawałek przestrzeni wyłącznie dla mnie nie oznacza braku miłości do ciebie, konflikty nie znikną.

 Mówi się też, że to kobiety są bardziej zaborcze i mają większe skłonności do kontrolowania swoich partnerów, co chyba nie pokrywa się z rzeczywistością. Kobieca zaborczość brała się głównie z poczucia większego zagrożenia – dla niepracującej żony, zwłaszcza posiadającej małe dzieci, utrata męża oznaczała poważne kłopoty, bo traciła ona opiekę i środki do życia, dlatego tak zajadle zwalczała wszelkie konkurentki w najbliższym otoczeniu. Ale strach przed zdradą i podejrzenia z nią związane wcale nie są rzadkością wśród mężczyzn. Jedyna różnica to ta, że u mężczyzn chorobliwa skłonność do kontroli częściej przeradza się w przemoc fizyczną. Kobiety uciekają się raczej do szantażu emocjonalnego – płaczą, grożą odejściem, wzbudzają poczucie winy. Mężczyźni zazwyczaj wpadają w gniew.

Daj mi odetchnąć!

 Początki kontroli są niewinne. To słodkie sms-y z pytaniem „co robisz?”. Telefony przepełnione tęsknotą. Coraz częstsze, natarczywe, zabarwione pretensjami. Oj, coś nie słychać, by krzyczeli, że gol, na pewno jesteś z kolegami? A kto tam tak się śmieje w tle? Dlaczego mówisz takim dziwnym tonem? Aż dochodzi do nas, że to nie chęć usłyszenia naszego głosu, lecz próba potwierdzenia, że faktycznie jesteśmy w pracy/u rodziny/kładziemy się spać. Co gorsza, telefony powtarzają się z taką częstotliwością, że zamiast uśmiechnąć się na dźwięk dzwonka, jedyne co przychodzi nam do głowy to: rany, znowu…


Kontrola na odległość to i tak małe piwko.

Jeśli telefony co godzinę irytują, to co powiedzieć o przebywaniu ze sobą non stop? Bo to tak fajnie porobić coś we dwójkę! Więc razem biegamy, razem chodzimy na wernisaże, razem wybieramy wino w sklepie, razem myjemy to samo okno. Wszędzie razem, razem, razem, jak syjamskie bliźnięta. Nic wyłącznie dla siebie. Idziesz do pubu z chłopakami? Och, ja chętnie pójdę z wami, uwielbiam piwo z beczki i sprośne dowcipy, a przy okazji zobaczę, czy podrywasz barmanki. Nie znoszę tańczyć, ale zapiszę się z tobą na kurs tańca – nigdy nie wiadomo, czy wygibasy z parkietu nie przeniosą się na inne podłoże. A jak ktoś chce trochę pobyć sam albo w towarzystwie innych ludzi? Och, wiadomo dlaczego, ty po prostu już mnie nie kochasz! Ze mną ci niedobrze? A co będziesz robić? To ze mną nie możesz? Ok, rozumiem, wolisz inne towarzystwo. Nie, nie gniewam się, skądże (trzask drzwiami).

Kobiety mają tak silną potrzebę bliskości z ukochanym, że niemal się do niego przyrastają. Facetom przeszkadza kobieca niezależność, więc wolą je mieć w zasięgu wzroku, żeby w razie czego odgonić tych namolnych samców. Cokolwiek nimi nie powoduje, cel jest jeden – nie dać drugiej osobie ani na sekundę zapomnieć, że jest już „zaklepana”. Jak ktoś tak lubi, proszę bardzo. Dla większości ludzi zabawa w papużki nierozłączki jest jednak zbyt uciążliwa, bo czują wtedy, że nie zostało im kompletnie nic z dawnej niezależności. Są stłamszeni, a to znak, że pora na poważną rozmowę. Nie przynosi oczekiwanego skutku?

 Nieźle, ale mogłoby być lepiej


 Kontrola nie dotyczy wyłącznie obszaru związanego z seksem. Obejmuje także zwykłe, codzienne czynności. Kontrolujemy kogoś, bo robimy to dla jego dobra, tak przynajmniej się nam wydaje. Nie będziesz jadł mięsa, przygotuję sałatkę. Nie lubisz? Nie szkodzi, jeszcze mi podziękujesz, że uchroniłam cię przed zawałem. Nie zakładaj tych skarpetek, uciskają żyły. Co ty za książki czytasz, badziewie, weź się za tą, jest znacznie bardziej wartościowa. No nie żartuj, zamierzasz iść na przyjęcie w tej sukni? A ty znowu na mecz? Poszedłbyś lepiej do teatru, poszerzył horyzonty. Zdejmij te obrzydliwe dresy. Skręć w prawo. Można tak wymieniać w nieskończoność. Notoryczne pouczanie, czy raczej – narzucanie własnej woli, to zwykły brak wiary, że ktoś sam dopilnuje swoich spraw. Albo zrobi to źle, bo po swojemu. Nie można do tego dopuścić.
W kontrolowanym związku ofiara nie ma co liczyć na uznanie, chyba że robi coś pod dyktando partnera. Jeśli nie, jeśli stawia na samodzielność, trzeba jej uświadomić, w jak dużym jest błędzie. Każda rzecz poddawana jest krytyce. Zawsze z pozorną delikatnością, dlatego łatwo się nabrać. Takie szpileczki osładzane niby-komplementem, w rodzaju: „bardzo smaczna zupa, uwielbiam od czasu do czasu takie niewyszukane potrawy”, „interesujący pogląd, jako głupi szczeniak sądziłem podobnie”.

To prowadzi też do takiej zależnej miłości. Partner jest zadowolony najczęściej tylko wtedy, gdy wspólne życie toczy się po jego myśli. Kiedy czeka się na niego w domu z ciepłą kolacją, przytakuje w towarzystwie wszystkim jego słowom, zachwyca wybranym filmem, etc. Jest i nagroda: kocham cię, kiedy tak się zachowujesz. Czytaj: rób, jak mi wygodnie, w przeciwnym razie nie zasłużysz na moją miłość. Dochodzi do tego, że cokolwiek się robi, zawsze towarzyszy temu myśl „czy on/ona będzie z tego zadowolony/a?”. Nieustannie szuka się w tej drugiej twarzy oznak aprobaty. Jest, ufff.

Wpychanie w schematy 

To dobrze, gdy druga połówka ciągnie w górę, zachęca do nauki czy nowego hobby, ale w niezdrowych związkach zawsze wiąże się to z upokorzeniem. To nie doping, by spróbować czegoś nowego, to danie do zrozumienia, że ktoś jest gorszy i musi zarobić na szacunek. Pójdę sam, bo wiesz, o czym będziesz rozmawiać z moimi kolegami inżynierami? Och, mój mąż ogląda tylko „Gwiezdne wojny”, kompletnie nie rozumie kina irańskiego. I tak wspólne wyjścia stają się koszmarem, bo ciągle czekasz, aż spadnie cios i będziesz się rumienić. Zero wsparcia, wyłącznie przytyki oraz totalny brak zrozumienia dla czyichś pasji, w rodzaju: daj spokój, nie szkoda ci czasu na malowanie? Picassem nie zostaniesz, zajmij się czymś pożytecznym.

 A w ogóle to zmiana powinna iść pod wzorzec, jaki sobie partner wymyślił. Moja dziewczyna ma być blondynką, jeździć na nartach i zaczytywać się w szwedzkich kryminałach, więc jeśli jest ruda, biega maratony i kocha francuskie komedie, musi to zmienić. Po co? Bo tak.
 Kontrolujący partner lubi przy okazji narzucić swój światopogląd. Nie skarbie, twój pomysł na życie nie jest zły, tak, świetnie, że masz swoje zdanie, ale moje jest jakby lepsze i w sumie to powinnaś głosować na moją partię, wyznawać moją religię, słuchać mojej muzyki, lubić moje potrawy. Dużo tych zmian, prawda? To oczywiście nic złego, że ktoś przekona nas do swoich racji, jeśli jednak te przepływy są tylko w jedną stronę, robi się niebezpiecznie. Totalna rewolucja życiowa, byle przypodobać się partnerowi i utrzymać związek – to nie może mieć szczęśliwego zakończenia. Nikt normalny nie będzie przecież zmuszał innych to zatracenia własnego ja.

 Witamy w patologii

Granice wolności i wzajemnej kontroli pary powinny ustalać sobie samodzielnie, wedle własnego upodobania i potrzeb, niemniej związek oparty w całości na zakazach i nakazach jest toksyczny. Najczęściej kłopoty zaczynają się, gdy ktoś chce decydować o niemal każdym aspekcie wspólnego życia. Teraz pooglądamy telewizję. Kubeczki do kawy stawiamy na drugiej półce. Nie czytamy tych gazet. W niedzielę jeździmy na działkę. Nic, żadnych kompromisów, czysta chęć narzucenia własnej woli i podporządkowania sobie drugiej osoby.

 W poważnym związku wyznaczenie granic co wolno, a czego nie, jest szczególnie ważne. Kiedy rodzą się dzieci, na horyzoncie pojawia się odwieczny dylemat – kto powinien więcej poświęcić dla rodziny i dlaczego właśnie kobieta? Dopóki obie strony nie wypracują rozwiązania korzystnego dla wszystkich, ktoś zawsze będzie czuł się poszkodowany, uciśniony i wykorzystywany. Jeśli mężczyzna jest jedynym żywicielem rodziny, łatwo mu przejąć kontrolę nad związkiem – ja zarabiam, ja wymagam, ja decyduję. Nie musisz chodzić na jogę, poćwicz sobie w domu. Ja mam większe prawo do wypoczynku, ja ustalam gdzie jedziemy na urlop, ja wyznaczam dni, w które ty możesz pójść do fryzjera albo spotkać się z koleżanką. Lub odwrotnie, bo i kobiety narzucają swoje reguły gry. Są tacy, którym to odpowiada, bo nie lubią podejmować ważnych decyzji i brać na siebie odpowiedzialności. Jeśli jednak czujemy, że taki despotyczny związek zwyczajnie nas męczy, to sygnał, że należy coś zmienić.

Ewidentnym naruszeniem czyjejś wolności jest także dobór ludzi, z którymi można się spotykać. Partner zabrania kontaktów z przyjaciółmi, a bywa, że i z najbliższą rodziną. Rzecz jasna, potrafi to „sensownie” uzasadnić. Za często jeździsz do mamusi, a ona nastawia cię przeciwko mnie i stąd nasze kłótnie. Za dużo przebywasz ze swoim przygłupim bratem, on ma na ciebie fatalny wpływ. Twoje koleżanki to skończone kretynki, nie wychodź z nimi. Twoi koledzy to jakaś swołocz, przestań się z nimi zadawać. Efekt? Z bliskimi sobie ludźmi spotykamy się po kryjomu, jak gdyby to było jakieś przestępstwo, albo poddajemy się i zrywamy więzi, oczywiście cierpiąc. Zyskujemy dzięki temu zadowolenie partnera, który teraz ma nas „tylko dla siebie”, jest szczęśliwy, a my widząc jego szczęście odczuwamy satysfakcję. Do czasu. Odcinanie kogoś od bliskich to wyjątkowo perfidna forma kontroli, bo sprawia, że czujemy się bezradni. Nie mamy komu się poskarżyć, do kogo uciec, znikąd słowa pocieszenia. I o to chodzi. Stajemy się uzależnieni od „kontrolera”, który zdobywa nad nami pełną władzę.

A może oczekujemy za wiele?

 Kobiety gdzieś tam jeszcze mają w sobie zakodowaną skłonność do poświęcania się i przez to łatwiej im przychodzi zgoda na rezygnację z osobistej przestrzeni, wręcz czują, że powinny to zrobić dla dobra związku.
 Mężczyźni za to częściej przyznają, że w związkach się duszą. Tylko czy faktyczni
e wynika to z tego, że kobieta omotała ich pajęczyną zależności, czy może każde ustępstwo na rzecz związku traktują jako niesprawiedliwe ograniczenie wolności osobistej? Tak, jeśli dziewczyna co kwadrans dzwoni, by się upewnić, że on siedzi po godzinach w pracy, to chore. Ale gdy ona oczekuje, że wspólnie będzie się ustalać, jak np. spędzić długi weekend, to chyba ciężko ją posądzić o to, że posuwa się za daleko? Zamiłowanie do bezwzględnej niezależności często sprawia, że wprawdzie chcemy się z kimś związać, ale najlepiej, gdyby dało się w tym związku zachować pełną swobodę beztroskiego singla. Niech nikt o nic nie prosi, nie wymaga, nie oczekuje ustępstw, bo ja nie mam zamiaru niczego poświęcać.

Sto procent zaufania

 Skoro kontrola jest zła, to czy jedyną alternatywą jest pełna ufność? Teoretycznie taka postawa oznacza dojrzałość. Brak kompleksów objawia się właśnie tym, że nie narzuca się ograniczeń. Daję ci wolną rękę, bo ci ufam. Wiem, że mnie nie skrzywdzisz, a jeśli masz złe zamiary, to moja kontrola niczego tu nie zmieni, nawet lepiej, szybciej się dowiem, że to nie było szczere uczucie. Ale czy to się aby na pewno sprawdza? Nie wszyscy są takimi optymistami.

 Brak jasno wytyczonych granic może zachęcać do głupot. Okazja czyni złodzieja, a natura ludzka bywa słaba, widać to na każdym kroku. Teoretycznie wszyscy wiemy, że nie wolno jechać 200 km na godzinę, ale bez fotoradarów co drugi kierowca bawiłby się w Sebastiana Vettela. Wiadomo też, że nie wolno kraść w sklepach, a jednak wszędzie bacznie obserwują nas kamery. Wszyscy jesteśmy złoczyńcami? Nie, ale znakomita większość ludzi kilka razy pomyśli przed zrobieniem czegoś bzdurnego, właśnie mając tę świadomość, że Wielki Brat patrzy. Może więc i w związku nie ma co się bawić w wolnościowców, tylko trzeba dać jasno do zrozumienia, że nie uwierzymy na piękne oczy i będziemy żądać dowodów niewinności. Ale skoro kogoś trzeba stale kontrolować, to czy ktoś taki jest godny naszych uczuć?

Czytaj więcej: http://kobietapo30.pl/kontrola-w-zwiazku-jakie-sa-granice-wolnosci-partnerow/3/
Kontrola w związku – jakie są granice wolności partnerów? Nikt nie lubi być pod stałym nadzorem. Żyć ze świadomością, że z każdego gestu, słowa czy uśmiechu trzeba się przed kimś rozliczać. Cenimy sobie wolność osobistą i staramy się nie wchodzić z butami w cudze sprawy, a naruszanie tych zasad uznajemy za naganne. Ale… gdy przychodzi do związków, to lubimy mieć rękę na pulsie. Licho nie śpi. Dlatego czasami korci nas, żeby zerknąć w jego telefon, podpytać znajomych, co ukochany robił pod naszą nieobecność, wpaść z niezapowiedzianą wizytą „tak na wszelki wypadek”. Jednocześnie drażni nas, gdy druga strona robi to samo. Związek nie ma być więzieniem, jednak wolnoamerykanka też nie wchodzi w grę. Decydując się na niego, siłą rzeczy rezygnujemy z cząstki swojej wolności na rzecz zobowiązań wobec życiowego partnera. Tylko jak wyznaczać te granice swobody? I czy w ogóle trzeba to robić? W sidłach Kontrola ma wykluczyć wszelką konkurencję. Nie lubimy, gdy biuściasta panna raczy się drinkiem w towarzystwie naszego męża, ostentacyjnie śmieje się z jego dowcipów i „przypadkowo” muska go po ramieniu. Rzucamy ostrzegawcze spojrzenie, a jeśli to nie pomaga, wkraczamy do akcji. To doświadczenie uczy nas jednego – faceta nie można na chwilę zostawić samego. Więc prewencyjnie ograniczamy mu dostęp do kobiet i robimy awantury o każde zbyt przychylne spojrzenie w stronę atrakcyjnej dziewczyny. Faceci nie są lepsi. Czego on chciał od ciebie? Jasne, niczego! Może chcesz się z nim umówić, bo tak się wdzięczyłaś? Gdy są uczucia, od zazdrości nie da się całkowicie uciec. Ale co robić, gdy najmniejszy gest sympatii w kierunku płci przeciwnej traktowany jest jak zdrada? Podejrzenia narastają, zaczyna się kontrola. I fochy o byle co. A bo spojrzał komuś w dekolt. A bo ona uśmiechnęła się zbyt zalotnie. Niepewność co do intencji partnera zamienia nas w śledczych. Nie ma zwykłych pytań, jest klasyczne przesłuchanie. Co dzisiaj robiłeś? Z kim, jak długo, po co? Dlaczego ona do ciebie dzwoniła? Po co idziesz na to spotkanie? Dlaczego dzisiaj nie masz dla mnie czasu? I tak godzinami, dzień w dzień. Wypytywanie, drążenie, szukanie podtekstów, łapanie za słówka, by udowodnić, że on/ona kłamie, ma coś na sumieniu i chce to ukryć. A na koniec sakramentalne: pewnie i tak nie mówisz mi wszystkiego, coś ukrywasz. Z czasem te utarczki słowne męczą tak bardzo, że od razu przytakujemy i przepraszamy, byle tylko mieć święty spokój. Unikamy płci przeciwnej, ale czy to jest wyjście? Na pewno nie na dłuższą metę. Zresztą, ta powściągliwość i tak nie wystarcza – pewnie robisz to, jak nie patrzę, a znajomi cię kryją. Niezbędne jest zatem pełne osaczenie. Bez chwili wytchnienia. Trafiony, zatopiony. Frustracja narasta i czekamy już tylko na wybuch bomby. Bez tajemnic Kontrola spokrewniona jest z zazdrością. Tą niezdrową zazdrością, dodajmy, która jest niebezpiecznie blisko obsesji. To normalne, że interesują nas sprawy partnera, ale w dojrzałym związku każdy wie, że druga osoba ma prawo do prywatności. Jednak nie wszyscy są tego zdania. Wolność może i była dobra w czasach hippisów, teraz rozsądniej jest mieć oczy i uszy otwarte. Wszak jak mawiali dawni towarzysze – należy ufać i sprawdzać. Dlaczego nie pokażesz, co napisałeś koledze? Masz coś do ukrycia? Nie pokażesz? Acha, czyli masz. kontrola telefonu „Kontroler” sądzi, że ma prawo śledzić każdy krok. Przegląda cudzy telefon, pocztę, konta na portalach internetowych, bez skrępowania podsłuchuje rozmowy. Nie widzi w tym niczego nagannego, choćby druga strona wyraźnie mówiła, że sobie tego nie życzy. Są pary, które dzielą się dosłownie wszystkim. Lecz są i takie, dla których własność prywatna to świętość. Dramat jest wtedy, gdy poglądy na temat wolności w związku diametralnie się różnią. Jeśli ktoś w ogóle nie dopuszcza nas do swojego życia, może to wywołać rozgoryczenie, bo najprawdopodobniej albo nie myśli o nas poważnie, albo kompletnie nam nie ufa. Ale czy można się obrażać za to, że partner nie zdradza hasła do konta bankowego, nie pozwala czytać prywatnych e-maili, nie opowiada o wszystkich rodzinnych tajemnicach? Są też pewne różnice płciowe. Kobiety generalnie mają większą skłonność do opowiadania o swoich sprawach, chętniej się zwierzają, łatwiej wpuszczają innych do swojego świata i często wyznają zasadę „co moje to twoje”. Mężczyźni z natury są bardziej skryci i nierzadko nawet nie mają świadomości, że przemilczenie czegoś, co ich zdaniem jest mało istotne, kobieta może odebrać tak personalnie. Uproszczenie, ale mniej więcej tak to działa. Dopóki więc para jasno nie określi: to moje, a to wspólne, a kawałek przestrzeni wyłącznie dla mnie nie oznacza braku miłości do ciebie, konflikty nie znikną. Mówi się też, że to kobiety są bardziej zaborcze i mają większe skłonności do kontrolowania swoich partnerów, co chyba nie pokrywa się z rzeczywistością. Kobieca zaborczość brała się głównie z poczucia większego zagrożenia – dla niepracującej żony, zwłaszcza posiadającej małe dzieci, utrata męża oznaczała poważne kłopoty, bo traciła ona opiekę i środki do życia, dlatego tak zajadle zwalczała wszelkie konkurentki w najbliższym otoczeniu. Ale strach przed zdradą i podejrzenia z nią związane wcale nie są rzadkością wśród mężczyzn. Jedyna różnica to ta, że u mężczyzn chorobliwa skłonność do kontroli częściej przeradza się w przemoc fizyczną. Kobiety uciekają się raczej do szantażu emocjonalnego – płaczą, grożą odejściem, wzbudzają poczucie winy. Mężczyźni zazwyczaj wpadają w gniew. Daj mi odetchnąć! Początki kontroli są niewinne. To słodkie sms-y z pytaniem „co robisz?”. Telefony przepełnione tęsknotą. Coraz częstsze, natarczywe, zabarwione pretensjami. Oj, coś nie słychać, by krzyczeli, że gol, na pewno jesteś z kolegami? A kto tam tak się śmieje w tle? Dlaczego mówisz takim dziwnym tonem? Aż dochodzi do nas, że to nie chęć usłyszenia naszego głosu, lecz próba potwierdzenia, że faktycznie jesteśmy w pracy/u rodziny/kładziemy się spać. Co gorsza, telefony powtarzają się z taką częstotliwością, że zamiast uśmiechnąć się na dźwięk dzwonka, jedyne co przychodzi nam do głowy to: rany, znowu…

Czytaj więcej: http://kobietapo30.pl/kontrola-w-zwiazku-jakie-sa-granice-wolnosci-partnerow/

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.