Wiele rozwodów jest niepotrzebnych lub przedwczesnych. Rutyna, brak czasu i odwagi do zadawania pewnych pytań sprawiają, że nie zauważamy momentu, gdy jesteśmy już daleko od siebie – rozmowa o przyczynach rozwodów z psychoterapeutką Dorotą Ziółkowską-Maciaszek, prezeską fundacji "Rozwód? Poczekaj!". 

Maria Hawranek: Wspólnie z mężem prowadzi pani terapię par. Podobno każdy związek ma swoją czarną skrzynkę. Państwo też?

Dorota Ziółkowska-Maciaszek: Ależ oczywiście. Wiedza nie chroni przed problemami w związku. Ale pracowaliśmy nad tym, by te skrzynki na bieżąco opróżniać. Mamy spory staż i trudno nam ukryć przed sobą, że coś jest nie tak.

Co to za skrzynki?

To z koncepcji gier interpersonalnych Erica Berne’a. Każdy w parze ma swoją skrzynkę, do której wrzuca czarne żetony na partnera, gdy ten ją zrani. Zbiera w niej rozczarowania, krzywdy, urazy, upokorzenia, których doświadczył od partnera. Jeśli para ze sobą nie rozmawia o tym, co mają na siebie w skrzyniach, może przegapić moment, w którym skrzynia się przepełni i któreś już dłużej nie wytrzyma i wyrzuci na partnera całą, często wieloletnią zawartość. Może to oznaczać rozwód. Oboje nie widzą już szansy na odbudowę związku.
 
W języku prawniczym nazywa się to "niezgodnością charakterów" – to przyczyna prawie jednej trzeciej rozwodów.

Często pary podają taki powód, by, jak mówią, nie prać przed sądem brudów – i dobrze. Może się pod tym kryć wszystko - także zdrada, zaniedbywanie rodziny, wypalenie się związku, trudności w dogadaniu się w podstawowych sprawach czy omówiona wcześniej spirala urazów. Często para przychodzi na terapię z konkretnym problemem, np. zdrady, a po chwili widać, że proces, który do niej doprowadził, zaczął się w innym miejscu.

Kiedy?

Na przykład, kiedy zaczęli razem mieszkać. Okazało się, że dwie oczywistości, w których się wychowywali – wyobrażenia na temat, jak ma wyglądać dom, oczekiwania co do ról, jakie mają wypełniać, nie pokrywają się. Teoretycznie taka para mogłaby racjonalnie porozmawiać o wizjach relacji i zdecydować, co biorą ze swoich rodzin pochodzenia, a czego nie, jak ich związek ma wyglądać. Ale najczęściej przekonania o tym, jak ma być w związku, kierują nami automatycznie. I zakładamy: jeśli jest inaczej, niż myślę, to znaczy, że, z partnerem/partnerką jest coś nie tak. Rośnie frustracja, dochodzi do kryzysu, który wydaje się nierozwiązywalny. Dopiero w rozmowie z przyjaciółmi czy terapeutami te osoby zaczynają się sobie przyglądać.

Dlaczego jeszcze się rozwodzimy?

Jest takie powiedzenie: przyczyną rozwodu są małżeństwa (śmiech). I rzeczywiście może się zdarzyć, że już powód zawarcia związku był ryzykowny – partnerzy czują, że do siebie nie pasują, często się kłócą, różnią się w zasadniczych kwestiach, ale są w takim momencie życia, że myślą: już czas, należy, wypada. Idą na kompromis sami ze sobą, wiedząc, że partner nie jest dla nich odpowiedni. Czasem, szczególnie kobiety, mają nadzieję, że tego partnera sobie potem przerobią – inaczej ubiorą, uczeszą, zmienią jego nawyki i jakoś będzie.

Wtedy, kiedy nie ma wspólnej bazy, chyba lepiej się pożegnać?

Różnie bywa. Bo jeśli taka niedogadana od początku para przychodzi na terapię, to może jednak jest coś, co ich łączy. Jeśli widzą dla siebie cień nadziei, my ich przy niej przytrzymujemy. I umawiamy się, że na czas terapii odkładamy myślenie o rozwodzie jako o rozwiązaniu. Tylko jeśli nie będzie straszaka w postaci rozwodu, będą mogli ze sobą szczerze i bezpiecznie rozmawiać.

A co może być taką wspólną bazą?

Dobra przeszłość, miłość, która kiedyś łączyła partnerów, wzajemny szacunek, to, że się lubią, przyjaźnią, mają wspólne pasje.

Ale nawet takie związki z bazą się psują – bo partnerom przestaje się chcieć albo dążą do wyidealizowanych wyobrażeń. Co jest najważniejsze?

Według prof. Johna Gottmana dobrym wyposażeniem długoterminowego związku jest przyjaźń – bo jest w niej dużo intymności, uwagi. Ale trzeba o nią dbać. Życie dostarcza ciągłych wyzwań – dzieci, praca, kryzysy sytuacyjne, np. choroba. Wpadamy w rutynę, nie mamy czasu, a bywa, że i odwagi, by zadawać sobie pewne pytania, by odłożyć inne rzeczy na bok i skupić się na nas. To naturalne, że kiedy pojawia się dziecko, to jest na pierwszym planie, ale trzeba trzymać rękę na pulsie – bo możemy zacząć się rozchodzić i nie zauważyć momentu, gdy jesteśmy już daleko od siebie. I to jest smutne. Wiele rozwodów jest niepotrzebnych czy przedwczesnych. Wiele par rozstaje się, nie zarzucając sobie bezeceństw, tylko ze smutkiem, że trudno im udawać bliskość.

Jakie pary w terapii najlepiej rokują?

Większość par przychodzi do nas z założeniem, że chce kontynuować związek, tylko nie wie jak. Ich stan jest różny. Bardziej napawa optymizmem sytuacja, gdy w parze wydarzyło się coś trudnego, bolesnego, niż kiedy związek pomału się wypalił. Z kryzysem – zdradą, nielojalnością, utratą zaufania można sobie poradzić, przepracować. I my wiemy, jak im pomóc. Ale często przychodzą pary, które deklarują, że chcą pracować, ale tylko jedno jeszcze wierzy, że to jest możliwe, a drugie jest u nas "z uprzejmości" albo szacunku do swojego partnera. Jeśli ktoś nie wierzy w powodzenie terapii, to nie wkłada energii w pracę nad związkiem. Bywa, że wewnętrznie podjął już decyzję o odejściu, a terapia ma być kolejnym dowodem, że nie mogło się udać. Wtedy nie ma szans.

Są słowa, których nie można odwrócić? Granice, zza których nie da się wrócić?

To zależy. Jeśli te słowa pojawiały się w pojedynczych sytuacjach, pracujemy, by je odwrócić: powiedzcie sobie jeszcze raz, o co wam chodziło, co rzeczywiście myślicie i czujecie. Bo czasem partnerzy nie przebierają w środkach, gdy czują się urażeni. Ale kiedy w związku na stałe zagości walka, pogarda, gdy niemal każde słowo rani, wtedy prawdopodobieństwo rozstania gwałtownie rośnie.

Jaka jest różnica między walką a kłótnią?

Jeśli partnerzy tylko się kłócą, to pilnują, by nie eskalować negatywnych reakcji, nie wyciągają najcięższych dział: czyli jeśli wiem, gdzie cię najbardziej boli, to tam właśnie cię nie uderzę. A jeśli tak robią, to pewna granica zostaje przekroczona. I to jest walka. Partner staje się wrogiem, więc chcemy go pokonać. Ale gdy w związku jedno przegrywa, to przegrywa cały związek.

A jeśli pary czują, że dążą do rozstania, to warto iść na terapię?

Jestem pełna uznania dla par, które decydują się na mierzenie się ze swoimi problemami, nawet jeśli ostatecznie podejmują decyzję o rozstaniu. Fakt, że mogą pewne rzeczy wyjaśnić i rozstać się w sposób poprawny, z poszanowaniem partnera – co nie znaczy, że bez bólu – to też sukces. Niektóre pary przychodzą w tym celu, by uniknąć druzgoczącego, burzliwego rozstawania się, np. ze względu na dzieci.

To dobrze, że ślub czy dzieci hamują ludzi przed rozstaniem?

Dziś niepokój związany z rozwodem jest bardziej symboliczny niż realny. Najczęściej jesteśmy niezależni ekonomicznie, potrafimy sobie poradzić i rozwodzimy się, bo nie godzimy się na tkwienie w relacjach, w których jesteśmy nieszczęśliwi lub źle traktowani. Dobrze, gdy jesteśmy razem, bo chcemy ze sobą być, a nie tylko dlatego, że potrzebujemy się do życia. Ale część tych więzów może w momencie kryzysu nas zatrzymać. Jeśli para jest indywidualistyczna – mówią "ja", "ty", a nie "my", mają osobne konta, mieszkania, nie mają ślubu czy dzieci – to w momencie kryzysu nie ma nic, co mogłoby ich zatrzymać. Zdarza się, że pochopnie decydują o rozstaniu.

Czyli jednak papierek, który tak wiele osób traktuje pogardliwie, może coś zmienić.

Tak, może być barierą przed pochopnym wyjściem związku. Czasem ludzie przychodzą do nas i mówią: nie mamy nadziei, ale rozwód nas przeraża. I czasem nawet na tym przerażeniu można pracować, obudzić siły do pracy. Nie zawsze się uda, ale wiele par chce mieć poczucie, że przynajmniej spróbowały.



Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.