Żałuję, że odkryłam je tak późno. Leżało takie niepozorne, w brzydkim kartoniku na najniższej półce w ogromnej drogerii. Gdybym nie przeszła specjalnie po nie, i nie spędziła dobrych kilkunastu minut na odnalezienie go, w życiu bym nie zwróciła uwagi na to niepozorne mydło.
A szkoda, bo Dudu-Osun (18,99 zł w Rossmanie) jest ręcznie wyrabiane w Nigerii, wytwarzane według tradycyjnej receptury z surowców pochodzących z tropikalnych lasów deszczowych i sawanny. Zawiera tylko naturalne składniki i jest w 100% biodegradowalne.

Jego skład sprawił, że przetarłam oczy z wrażenia, bo naprawdę zawiera ono tylko:
- miód
- masło shea
- osun, czyli drzewo sandałowe, rosnące w wilgotnych lasach równikowych
- glicerynę, która powstaje w naturalny sposób
- olej palmowy
- popiół z ziaren kakaowca
- popiół ze spalonych strąków palm
- aloes
- sok z limonki
- odrobinę wody i perfum


Lista tych składników owszem, przyprawia o zawrót głowy, ale lista obietnic producenta- jeszcze bardziej. Podeszłam do niej sceptycznie, z przymrużeniem oka, bo po raz kolejny przeczytałam, że ten produkt potrafi prawie wszystko, czyli:
- jest szczególnie polecany dla cery wrażliwej, łagodzi podrażnienia, przyspiesza jej regenerację
- nawilża skórę suchą
- eliminuje wydzielanie sebum w przypadku skóry tłustej
- pomaga wyleczyć trądzik- rozjaśnia przebarwienia skóry
- spłyca zmarszczki
- doskonale zmywa makijaż

Jak naprawdę działa?

Mam cerę mieszaną, strefa „T” lekko się przetłuszcza, skóra na policzkach jest raczej normalna w kierunku suchej. Do tej pory byłam wierna emulsji Cethapil do mycia buzi, bo polecali mi ją dermatolodzy. Doświadczenia z mydłami miałam niezbyt przyjemne: po ich użyciu skóra była zawsze sucha i ściągnięta (wyjątkiem była kostka Dove, ale tej też używałam tylko do mycia ciała, i zawsze po wyjściu spod prysznica, dodatkowo aplikowałam balsam).

Mydło zaskoczyło mnie od początku swoim nieoczywistym zapachem – dla mnie to połączenie głównie aromatu drzewa sandałowego i słodkiego miodu. Mogłabym mieć takie perfumy! Zaskoczyła mnie też jego piana, bardzo gęsta (w przeciwieństwie do innych mydeł naturalnych, których używałam) i maślana.

Pierwsze wrażenie, kiedy zmywałam je z twarzy - idealnie czysta, wręcz „skrzypiąca” skóra. Pomyślałam sobie „Oho, skoro tak skrzypi pod palcami, to zaraz poczuję wysuszoną skorupę na buzi”. Wytarłam twarz ręcznikiem, dotykam jej i… nie wierzyłam! Jakby od razu, po pierwszym użyciu skóra delikatnie rozjaśniona i wygładzona. Zero uczucia ściągnięcia, chociaż na twarzy nie ma żadnego tłustawego filmu ani śladu po kremie. W ramach testu nie nałożyłam kremu na cały dzień, uczucie ściągnięcia nie pojawiło się. To niesamowite, że to mydło działa tak inteligentnie: nawilża skórę sucha i ogranicza wydzielanie sebum w jej tłustych partiach! Wieczorem sprawdziłam, że jego maślana piana świetnie radzi sobie z makijażem - zmywa szybko nawet wodoodporny tusz do rzęs. Nie byłabym sobą, gdybym nie przetestowała go jeszcze w inny sposób - umyłam nim włosy. Trochę się przestraszyłam, bo po spłukaniu stały się szorstkie i tępe w dotyku, niezbyt łatwo było je rozczesać. Ale po wysuszeniu na głowie pojawiła się objętość w rozmiarze XXL! Włosy były wyraźnie pogrubione, mocno odbite od nasady. Pianki, spreje pogrubiające i suche szampony mogą się przy nim schować Teraz wiem, że temu kosmetykowi pozostanę wierna na zawsze. I nawet daruje mu to, że brudzi mydelniczkę 



Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.