Na zebraniu siedzieliśmy wokół podłużnego stołu. Każdy musiał przedstawić krótki raport z pracy swojego działu. Kiedy przyszła moja kolej, kanclerz uczelni prześlizgnęła się po mnie martwym wzrokiem i poprosiła o głos dziewczynę obok. Wiedziałam, że to było celowe. 

38-letnia Jolanta na wspomnienie pracy w placówce wyższej szkoły zawodowej uśmiecha się smutno. Pracowała tam przez dwa lata w dziale marketingu. Odeszła za porozumieniem stron, choć w pierwszej chwili podetknięto jej pod nos zwykłe wypowiedzenie.

- To była farsa. Po zebraniu (zabrałam w końcu głos i przedstawiłam swój raport), przyszedł do mnie kolega z firmy obsługującej marketing szkoły (to on był moim właściwym zwierzchnikiem) i powiedział: "Fajnie wypadłaś. Wiedziałaś, o czym mówisz". Kilka minut później podsunął mi dokument. To było wypowiedzenie umowy o pracę. Zatkało mnie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Kolega milczał. Oznajmiłam, że muszę wyjść na chwilę z budynku, zaczerpnąć świeżego powietrza. Kolega kiwnął głową ze zrozumieniem. Po 15 minutach wróciłam do pokoju i powstrzymując łzy, zapytałam: "O co właściwie chodzi? Nie rozumiem?". "No, sama wiesz, Jolanta. Wyłożyłaś się ostatnio na kilku kwestiach. Ona (czyli kanclerz naszej uczelni), nie chce już z tobą pracować. Dajemy ci wybór: albo wypowiedzenie, albo wypowiedzenie za porozumieniem stron. Lepiej podpisz za porozumieniem. Nie zabrudzi ci papierów".

Aldona ma 50 lat. Jest schludną zadbaną kobietą. Od 20 lat pracuje jako matematyczka we włocławskich szkołach. Ma świetne wyniki pracy.

- Uwielbiam uczyć i młodzież czuje, że mój przedmiot jest dla mnie pasją. Ale to tylko jedna strona medalu mojej pracy. Druga jest zupełnie inna. Szykany, krytykanctwo, donosy, oskarżenia, izolacja... I to wszystko w środowisku pedagogów, ludzi społecznego zaufania, którzy powinni świecić przykładem.

- Zaczęło się niewinnie - opowiada nauczycielka. - Pracowałam jako świeżo upieczona nauczycielka w gimnazjum. Szło mi całkiem nieźle. Problemy zaczęły się, gdy trzeba było kogoś zwolnić, aby przyjąć protegowaną jednego z miejscowych posłów. Padło na mnie, bo miałam najkrótszy staż pracy. Ale jak tu wykurzyć dziewczynę, która dopiero co podpisała umowę na czas nieokreślony? Dobrze radziła sobie z dziećmi, dobrze uczyła. No, nie da się. Tak wprost. Więc moja wicedyrektor wszczęła wojnę podjazdową. Pojawiły się jakieś donosy, tropienie najmniejszych potknięć w prowadzeniu dziennika, w konspektach, wieczne niezadowolenie z mojego wyglądu, sposobu ubierania się, rozmawiania z uczniami. Czułam, że atmosfera wokół mojej osoby dziwnie się zagęszcza, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Byłam młoda, miałam zapał, chciałam się wykazać. Nie dostrzegałam, że szykuje mi się niezła jazda.

Jolanta i Aldona dopiero po czasie zorientowały się, że sytuacje z ich pracy zawodowej mają fachową nazwę: mobbing. Że padły ofiarą celowych działań ze strony zwierzchników, które miały doprowadzić do ich zwolnienia.

Jolanta: - Mobbing to cały proces. Akcja rozwija się wraz z upływem czasu. Najpierw, gdzieś na górze, zapada decyzja, że trzeba cię odstrzelić. To nie jest proste, gdyż z reguły każdy lepiej lub gorzej wykonuje swoją pracę i nie ma konkretnych przewinień, które mogłyby pozwolić na przykład na wystawienie dyscyplinarki. Jakie są motywy takiej decyzji? Można tylko snuć domysły. W moim przypadku od początku czułam, że nie nawiążę dobrego porozumienia z szefową szkoły. Nadęta, zarozumiała dziewczyna, którą pamiętałam jeszcze ze wspólnych studiów. Typ prymuski. W pracy żmijowata, despotyczna i kapryśna, ale umiała wypracować wyniki. Żyła szkołą. Miała silne poparcie u rektora i u członków rodziny, którymi obsadzono większość ważniejszych stanowisk na uczelni. 

Przez pierwsze miesiące była nawet miła. Poddawała mnie różnym próbom, z których wychodziłam mniej lub bardziej zwycięsko. Z perspektywy czasu widzę to jednak w ten sposób, że od początku położyła na mnie parol. Byłam pionkiem w grze. Firma marketingowa chciała mieć kogoś swojego na uczelni opanowanej przez nepotyzm i kolesiostwo, ale ja nie podołałam. Pani kanclerz konsekwentnie podważała moje kompetencje i umiała zrobić to w białych rękawiczkach. Moje wystąpienia na zebraniach kwitował krótkim: "To wszystko?". I z miną zawiedzionej królowej oddawała głos następnym osobom. O wielu sprawach celowo mnie nie informowała albo robiła to na ostatnią chwilę. Tak, abym wiecznie goniła z robotą, coś nadrabiała, coś próbowała naprawiać. Potem wytykała mi kiepską organizację pracy i nieprzygotowanie do pełnionej funkcji. Uwielbiała czynić kąśliwe uwagi w chwili, gdy inni mi czegoś gratulowali. Ostentacyjnie brała się za wykonywanie zadań, które należały do mnie. Wyraz jej twarzy, który zapamiętałam, to mina Sfinksa (plotkowano, że przeszła jakieś durne kursy psychomanipulacji i bawi się w surową szefową), foch (najczęściej po zakończonej akcji marketingowej, gdy cichym głosem, gdzieś na uboczu recytowała listę niedociągnięć), wyniosłość i szyderstwo, gdy mogła przyłapać mnie na rzeczywistym potknięciu i błędzie.

Aldona: - Myślę, że mobbing dotknął mnie już w pierwszej szkole, w której pracowałam, choć w pełni zrozumiałam jego rażącą siłę dopiero później, gdy zatrudniłam się w zespole szkół zawodowo-technicznych. Trafiłam tam przez przypadek. W miejsce jakiejś młodej nauczycielki, która odeszła w atmosferze skandalu. Przez pierwszy miesiąc wszystko toczyło się utartym torem. Zapoznałam się z uczniami. Zakolegowałam z gronem. Nie czułam strachu ani tremy, bo miałam już 11 lat uczciwej pracy za sobą. Bomba wybuchła, gdy wyjawiłam, że należę do związków zawodowych. Związki te przez wielu dyrektorów były traktowane jako zarzewie niepotrzebnych problemów. Aby storpedować moje ewentualne "wychylanie się", zaczęto tkać wokół mnie atmosferę nieprzychylności. Obwiniać mnie np. o dodatkowe prace zlecone przez dyrektora, jakieś dodatkowe stosy dokumentów do wypełnienia, tabele wyników do wypracowania. Koledzy po fachu mieli do mnie żal, że są obciążani z mojego powodu dodatkową robotą. Próbowałam nie brać sobie tego do serca. Skupiłam się na uczniach i na nauczaniu. Ale to nie była dobra droga, bo sama siebie wykluczyłam z obiegu informacji. Nie wiedziałam, o czym mówi się w kuluarach, czym żyje grono poza uczniami. Kiedy weszłam kiedyś do pokoju nauczycielskiego i zamilkły rozmowy, zrobiło mi się gorąco. "Co ma znaczyć ta dziecinada?" - zapytałam koleżankę, a ona nadąsała się i powiedziała. Widzisz to okno, może skorzystasz?

Ryszard Musielewicz, prezes Stowarzyszenia Antymobbingowego Barbary Grabowskiej w Gdańsku Oddział Kujawsko-Pomorski w Bydgoszczy:

Niewątpliwie panie Jolanta i Aldona zetknęły się w swoich zakładach pracy z sytuacjami, które noszą znamiona mobbingu. Podkreślam "znamiona mobbingu". Trudno bowiem jednoznacznie, na odległość, określić ich położenie. Pełniejszą diagnozę można postawić jedynie na podstawie bezpośredniej rozmowy popartej posiadanymi dokumentami.

Nie ulega wątpliwości, że – w przypadku pani Jolanty – "niezauważanie" jej w gronie pracowników, wyraźne ignorowanie, przeciążanie pracą i późniejsze rozliczanie z jej efektów, brak konkretnych poleceń (celowe wprowadzanie chaosu do organizacji pracy), mowa niewerbalna (miny, gesty, postawa ciała), to podręcznikowe wręcz przykłady psychoterroru zwanego też mobbingiem. Tutaj mamy przykład tzw. koleżeństwa w pracy. Współpracownicy byli kolegami i koleżankami do czasu, kiedy nie odczuli zagrożenia. Bo przecież ofiara mobbingu to osoba "skażona", a koleżanka (kolega) w przypadku jakichkolwiek kontaktów z ofiarą skazana jest przez mobbera na pożarcie w następnej kolejności. O tym się nie mówi. To wszyscy wiedzą i czują. Kto chce się narazić?

Pani Aldona jest w podobnej sytuacji. Schemat mobbingu jest ten sam. Teoria prof. Heinza Leymanna sprawdza się. Mobber konfliktuje pracowników, izoluje swoją ofiarę, doprowadza do rozstroju zdrowia. Kto jest w stanie wytrzymać ciągle zwiększające się ciśnienie? Kto jest w stanie wytrzymać powtarzające się kilka razy w tygodniu, trwające co najmniej pół roku, szykany, poniżanie, ośmieszanie, zrzucanie wszystkich win, jawne izolowanie. Zapewniam, nie ma takiej osoby. Najsilniejsi "pękają" i to bez względu na płeć.

Jolanta: - Przyznaję, że w momencie podpisywania tego nieszczęsnego wypowiedzenia za porozumieniem stron czułam nawet ulgę, bo tak naprawdę nigdy nie uważałam, że w tej szkole jestem sobą i na swoim miejscu. Sztuczność zachowań tam panująca, masa pozorowanych działań, nadęte przemówienia, gonienie za pieniądzem i pretendowanie do miana uniwerku zwykłej wyższej szkoły zawodowej, śmieszyło mnie. Pamiętam, jak na korytarzu spotkałam kiedyś chłopaka, któremu dwa lata wcześniej udzielałam korepetycji z języka polskiego w ramach przygotowania do matury. To był jedyny uczeń, któremu odmówiłam usługi, gdyż był nieukiem i ignorantem. W mowie i piśmie - półanalfabeta.. Jakiś czas później minęliśmy się na korytarzu uczelni. Chłopak uśmiechnął się szeroko i powiedział" "I co? Jestem tu! Płacisz i masz. To cała filozofia".

Aldona: Nadal pracuję w szkole. Przetrzymałam. Uspokoiło się trochę wokół mnie, gdy nastąpiła zmiana dyrektora. Jednak wrogowi nie życzę tego, co przeżyłam. Rok temu z powodu stresu wywołanego pracą musiałam być hospitalizowana na serce. Do tego zajadałam stres. Przytyłam 20 kilogramów. Wyglądałam okropnie. Do szkoły, do moich uczniów szłam jak na skazanie. Przez chwilę zastanawiałam się nad podaniem mojego byłego pryncypała do sądu. Powód? Działania mobbingowe, którymi nękał mnie przez dwie pełne kadencje swojego dyrektorowania. Ale on objął właśnie stołek w kuratorium. Cud, że jeszcze mam z jego strony spokój.

Ryszard Musielewicz: - Jednym z rozwiązań problemu mobbingu jest droga prawna. Zawsze jednak należy pamiętać, że złożenie pozwu do sądu pracy jest ostatecznością. Należy mieć niezbite dowody w postaci dokumentów i/lub zeznań świadków. To po stronie powoda leży ciężar przedstawienia dowodów. Ze świadkami bywa różnie. Nie ma co liczyć na aktualnie pracujących. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić świadka, który w obecności swojego szefa zeznaje przeciwko niemu, a następnego dnia spotykają się w pracy… Bywa, że powołani świadkowie nagle zostali ogarnięci totalną amnezją, czym mogą tylko rozgniewać wysoki sąd.

Inną ważną rzeczą jest wytrzymałość psychiczna. Mobbingowany może mieć mocne dowody. Co z tego jednak, kiedy nie jest mocny psychicznie? Musi sobie odpowiedzieć na pytania: czy wytrzymam spotkania w sądzie twarzą w twarz z moim oprawcą? Czy będę miał dość sił i samozaparcia, żeby walczyć co najmniej rok? Jak zniosę fałszywe zeznania świadków składane nawet pod przysięgą? Czy nie ugnę się ze swoimi dwoma świadkami przeciwko jego dwunastce?

Jeżeli współgrają dowody z wytrzymałością psychiczną, można złożyć pozew z dużym prawdopodobieństwem wygranej. Ale to już należy pozostawić sądowi. Statystycznie, jeżeli te dwie przesłanki istnieją, ponad 75 proc. spraw kończy się pomyślnie dla powoda.


Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.